Reklama

Greckie słowo

11/05/2010 15:19

Kiedy szydło kryzysu wyszło z dziurawego jak budżet worka i okazało się, że Amerykanie zadłużyli się ponad miarę - złoty spadał na łeb na szyję. Magowie ekonomii uznali, że to normalne. Teraz, kiedy Grecy bankrutują, złoty znów nurkuje jak zdechła w locie kaczka. I to znowu jest normalne. Zachodni bankierzy i maklerzy na gwałt wyzbywają się złotówek. Cokolwiek by się działo, złoty zawsze opada najgwałtowniej.

Zwykle nie zajmuję się ekonomią, bo nie znam się na tym - nomen omen - ani za grosz. Ale tym razem nie umiem oprzeć się urokowi paradoksu. Czy zachodni bankierzy telewizji nie oglądają? Nie dotarło do nich, że Polska jest jedyną, kojąco zieloną wyspą wzrostu na tle czerwonej, gospodarczo dołującej Europy? Nie dotarło? Przecież dobry nasz premier Donald Tusk kilka razy z uśmiechem to pokazywał i wyjaśniał. Nie pojmują maklerzy, że Warszawa to nie to samo co Ateny? A Pałac Kultury to nie Akropol. Nie rozumieją maklerzy, że to nie pracowici Polacy, a leniwi Grecy ledwie ciągną i rękę po europejską pomoc wyciągają? No oczywiście, euro spada, spada… Ale dlaczego dumny złoty spada jeszcze bardziej?
„Puls Biznesu” policzył, co moglibyśmy sobie kupić albo wybudować za 110 miliardów euro, które Grecja dostanie od Unii Europejskiej. Z obliczeń wyszło, że moglibyśmy zaopatrzyć się w zapas ropy naftowej na 85 lat. Albo wybudować 9 tysięcy kilometrów autostrad. To byłoby, lekko licząc, jakieś pięć autostrad ze wschodu na zachód, drugie pięć z północy na południe plus jeszcze dwie na ukos – z Suwałk do Jeleniej Góry i ze Świnoujścia do Ustrzyk Dolnych. Tyle dobra!
Co z tej darowanej kasy będzie miała Grecja? (Piszę: darowanej, bo choć podobno jest to pożyczka, nikt chyba nie wierzy w to, że Grecy choć cent z tych miliardów oddadzą). Gdyby Grecy wciąż płacili nie w euro, lecz w drachmach – grecki kryzys byłby o niebo łagodniejszy. A i my, nad Wisłą, zamiast tracić, moglibyśmy na ich gospodarczej niefrasobliwości zarobić. Wystarczyłoby pojechać do Grecji z mocną, jak złoty, walutą w kieszeni. Pomieszkalibyśmy w urokliwych, a wyjątkowo akurat tanich, nadmorskich hotelikach. Wieczorami sączylibyśmy niedrogie satorini, nemeę albo retsinę. Owoce byłyby za grosze, a wejście na plażę niemal gratis. Dzięki napływowi obcej waluty, kurs drachmy powolutku odbiłby się od dna. Grecy kryzysu też by zbytnio nie odczuli. Dopóki Grek nie wyjechałby za granicę (a niby po co Grek ma za granicę wyjeżdżać?), mógłby o kryzysie niemal nie wiedzieć.
Ale nie ma tak dobrze. Grecja jest w strefie euro. Z powodu darowanych Grecji miliardów, będzie więc dokładnie na odwrót. Grecja stanie się koszmarnie drogim krajem. Nie tylko dla Greków, także dla nas, niedoszłych turystów. Takie są właśnie paradoksalne pożytki z europejskiej ekonomii. Paradoks. Piękne, typowo greckie, słowo.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości