Reklama

Królewska miara

Ale czy królom równy? Czy naprawdę królom równy? Czy równy na pewno? Pytania, niecierpliwie ponawiane w kontekście pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, domagają się odpowiedzi. Kto pyta, milcząco zakłada, że królowie, jak wzorzec traktowani, samą wielkość, mądrość i majestat reprezentują. Tymczasem – co wiemy z historii – w kwestii wielkości ich królewskich mościów nie ma opinii jednoznacznych. Był bowiem Wielki, ale był też Łokietek. (Był nawet Krótki, Pepin Krótki; szczęśliwie nie u nas.)

Ale żarty na bok. Rzecz w tym, że król królowi nierówny. Do którego więc miarę przyłożyć? Kogo tam mamy w królewskich kryptach? August II Mocny na przykład. Pierwszy z królów, którzy zostali Rzeczpospolitej narzuceni wbrew woli elekcyjnej większości. Będąc królem, knuł potajemnie z ruskim carem. I zguba z tych knowań wyniknęła. Wciągnął Rzeczpospolitą w swoją prywatną wojnę (prowadził ją jako elektor saski), której skutkiem było całkowite polityczne uzależnienie od Rosji. Kiedy był w zupełnej desperacji, rozsnuwał po okolicznych dworach wizje rozbioru Rzeczypospolitej  między sąsiadów. Wiek nie minął, a z propozycji skorzystano. Sejm Niemy – za Augusta to było, za Augusta Mocnego! – był równie tragiczny jak sejmy rozbiorowe.
Albo Zygmunt III Waza – też na Wawelu leży. Przeforsował unię brzeską, jedną z najbardziej fatalnych decyzji w dziejach. Przez stulecia prawosławni żyli sobie w Polsce spokojnie, pospołu z katolikami, aż tu otumaniony przez jezuitów władca postanowił wszystkich swoich poddanych katolickiemu papieżowi podporządkować. 

Nie tylko z perspektywy dzisiejszego ekumenizmu unia brzeska wygląda fatalnie. Już wtedy nie brakowało takich, którzy przewidywali, że siłowe forsowanie katolicyzmu w różnorodnym pod względem religijnym, słynącym poprzednio z tolerancji państwie (poprzednik Zygmunta uspokajał poddanych, mówiąc: „Nie jestem królem waszych sumień”), musi skończyć się tragicznie. I wiemy, jak się skończyło: rokosze, bunty, powstania kozackie, Chmielnicki...  Sąsiedzi rychło to wykorzystali, pod religijnym pretekstem zaczęli się wtrącać w wewnętrzne sprawy Rzeczpospolitej. A innowiercy, czując się we własnym kraju obywatelami drugiej kategorii, zaczęli łaskawiej spoglądać na stolice ościennych władców: ewangelicy na Królewiec i Berlin, prawosławni – na Moskwę. Potrzebne to komu było? Kilka wieków później prawosławni wzięli sobie za punkt honoru swoich odszczepieńców nawracać. Męczenników tylko namnożono. Zupełnie bez potrzeby.

Na słynnej warszawskiej kolumnie król Zygmunt najwyżej trzyma krzyż niż niesie koronę. Paweł Jasienica, autor „Rzeczpospolitej Obojga Narodów” rozdział poświęcony Zygmuntowi III Wazie zatytułował znacząco - „Sługa doktryn”. A na Wawelu pochowany.  
Nie piszę tego, by dowieść, że w wawelskich kryptach byle kto może leżeć. Takiego wniosku nie wyciągam, absolutnie nawet przed nim przestrzegam. Po prostu, przed świętem 3 Maja w taki historiozoficzny nastrój wpadłem. Zanim na nowo wciągnie nas wirówka chwili bieżącej, zadyszka codziennej polityki, na pożałobnej fali płynąc – nad sensem i bezsensem dziejów się zastanawiam.
Dariusz Kuziak   

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości