Reklama

Masońska piramidalna

Profesor Robert Langdon znowu miał ciężki dzień. Choć właściwie była to noc. Oczywiście bardzo długa i pełna emocji noc. I znowu, dzięki swojej ezoterycznej wiedzy – symbolika i ikonologia religijna – wyszedł z mnóstwa przygód bez szwanku. Co więcej – tym razem być może będzie mu odpuszczone. Bo i on, przyznajmy,  odpuścił. W „Aniołach i demonach” oraz „Kodzie Leonarda da Vinci” harvardzki profesor kręcił się zbyt blisko Watykanu, tajemnic Opus Dei, zabójstw kardynałów, Jezusa i Marii Magdaleny. Co nie mogło pozostać bez stosownego potępienia, głosów oburzenia oraz poważnych zarzutów o spisek przeciwko katolicyzmowi.

W „Zaginionym symbolu” Dan Brown – powieść właśnie ukazuje się w Polsce – odpuszcza prawowiernym i zmienia zainteresowania. Więcej nawet, w pewnym momencie autor, najwidoczniej skruszony, znajduje chwilę pochwały dla katolicyzmu. Hierarchią aniołów i świętych, biciem w święte dzwony, święconą wodą, egzorcyzmami i rozganianiem demonów dymem z kadzideł zachował on bowiem echa tajemnej wiedzy, znanej starożytnym, a przez nas już zapomnianej.
Zasadniczo jednak „Zaginiony symbol” dmie w zupełnie inną dudkę. Dan Brown przenosi swojego bohatera do Waszyngtonu, każąc mu zgłębiać tajemnice masonerii oraz ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Zgłębiać oczywiście nie w bibliotekach (wiedzę biblioteczną profesor Langdon ma bowiem w małym palcu), lecz w terenie – na Kapitolu, w Bibliotece Kongresu oraz kilku innych miejscach, o których wspominać w tym momencie byłoby poważnym występkiem. Ostatecznie dopiero zabieramy się do lektury i nie ma co psuć sobie czytelniczej frajdy.

Trzeba też z góry przyznać, że frajda ta jest umiarkowana. Ci, którzy znają dwie poprzednie wyprawy profesora Roberta Langdona – tę krążącą wokół Watykanu, oraz drugą, orbitującą wokół Luwru – wiedzą, jak się ta historia potoczy. Potoczy się nieoczekiwanie, ale schematycznie. Wiodący spokojny żywot bohater zostanie nagle wyrwany ze swojego Harvardu, by w ciągu kilkunastu następnych godzin ratować życie, zapobiec groźnemu kryzysowi i ocalić świat. Oczywiście dostanie do pomocy atrakcyjną przyjaciółkę. A całość perypetii będzie wyglądała zgrabnie jak dwugodzinny film sensacyjny.    
  Jeśli w „Zaginionym symbolu” tkwi element zaskoczenia, to polega on na tym, że profesor Robert Langdon jest tym razem… sceptykiem. Nie bardzo daje wiarę masońskim tajemnicom, w które wszyscy wokół zdają się święcie wierzyć. Rozwiązuje co prawda zagadki (które prowadzą, of course, do kolejnych zagadek), ale robi to jakoś bez przekonania. Masońskie tajemnice są dość mgliste i ogólne. Może dlatego, że nikt nigdy nie widział masona, który dementowałby kłamstwa i pomówienia na temat masonerii. Nawet te piramidalne.
Czy to nie jest aby jakaś perfidna masońska metoda?
Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości