Reklama

Moment katharsis

18/11/2009 12:32

Niemcy mają co wspominać – zburzyli mur berliński. My możemy pojechać do Warszawy i popatrzeć na Pałac Kultury. Przez pół wieku komuny wschodni Niemcy – nie licząc powstania w Berlinie w 1953 r. – siedzieli cicho jak myszy pod miotłą. A teraz we wszystkich telewizjach mają takie fotogeniczne sceny zbiorowe: z zapałem, z młotkami z całej siły walą w mur, aż chwieje się system od Łaby do Władywostoku.

Nic dziwnego, że świat uwierzył, iż Berlin był najważniejszy i właśnie tam zaczął się widowiskowy koniec komunizmu. W cywilizacji obrazkowej, żeby dobrze sprzedać swoją story, trzeba mieć dynamiczne, widowiskowe obrazki.
A co my mamy do pokazania: jak drżący i niepewni wychodzimy z lokali wyborczych 4 czerwca? Jak słabnący Mazowiecki prosi o przerwę w czasie exposé? Jak podnosi rękę i robi zajączka w sejmowej sali? Wzruszające, ale słabe i mdłe. Z tamtej jesieni 1989 r. jedno w zasadzie nadaje się do pokazania – chwila, gdy uniesiony w górę na dźwigu posąg Dzierżyńskiego najpierw rozpada się na pół, a potem z całą siłą wali o plac swojego imienia i rozlatuje się w drabiazgi. To była widowiskowa, niezapomniana chwila. Ale gdzie jednemu obalonemu Feliksowi, choćby i Czerwonemu, równać się z całym murem… Żeby zapaść w dziejową pamięć, trzeba się było na coś większego zamachnąć.
„Dlaczego wolna Polska tego nie zburzyła?” – pyta „Newsweek”, zamieszczając na okładce wizerunek Pałacu Kultury. Ile razy jestem w Warszawie, sam siebie o to pytam. Zadzieram głowę i powtarzam:„Dlaczego wolna Polska tego nie zburzyła?” I nadziwić się nie mogę. Sądziłem, że ta odruchowa niechęć do daru Stalina dla narodu polskiego to moja – podszyta feblikiem dla powieści Konwickiego – całkiem prywatna obsesja. Jeśli jednak prywatna obsesja ląduje na okładce poczytnego tygodnika, przestaje być obsesją prywatną - staje się problemem społecznym. Szczęśliwie, wydaje się, że najwyższe czynniki rządowe problem ten dostrzegły. - Może powinniśmy ruszyć z młotkami, żeby zburzyć Pałac Kultury, to byłoby takie symboliczne – powiedziała Monika Olejnik do ministra obrony narodowej Radosława Sikorskiego. - Ja to kiedyś postulowałem – odpowiedział minister. - Bo uważam, że taki moment katharsis, nowego początku, to, co patriotyczna ludność stolicy zrobiła po odzyskaniu niepodległości 91 lat temu, zburzyła cerkiew prawosławną na placu dzisiejszym Józefa Piłsudskiego, tego nam zabrakło.
Nie ma co narzekać, że sąsiedzi zza Odry ukradli nam historyczny show. Jesteśmy niefotogeniczni, więc sami sobie winni. Możemy w wielkich księgach uczenie wykładać, że Polska była pierwsza, że pokojowy Wałęsa, że masowa Solidarność, że niekomunistyczny pierwszy premier Mazowiecki. I ciurkiem wymieniać chwalebne daty: 1956, 1968, 1970, 1976, 1980, 1981, 1989. Możemy, ale to i tak na nic. Kruszący się pod uderzeniami tysięcy młotków betonowy blok zawsze będzie bardziej spektakularny. Świat będzie wiedział swoje. Oczywiście, my Polacy, mamy swoje historyczne niepodważalne zasługi. Tyle że nie są to zasługi widowiskowe. Bo pokojowe wyjście z komunizmu - pokojowym wyjściem, stopniowy, powolny proces - stopniowym i powolnym procesem, ewolucja - ewolucją… Ale czasami trzeba po prostu raz zdrowo kilofem przygrzmocić, żeby sowiecki kandelabr z sufitu zleciał.
Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości