Reklama

Mundial z truskawkami

23/06/2010 08:41

Jak to wyrazić, żeby nie wypadło nieskromnie? Powiem to tak: dopóki my ganialiśmy po boisku, kopiąc szarą, niemiłosiernie zdartą futbolówkę, polska piłka miała się znakomicie. Odkąd wyrośliśmy z trampek, mundiale nie są już takie, jak dawniej.

Jak za Gierka (a i za wczesnego Jaruzelskiego) było, tak było, ale – trzeba przyznać - narodową reprezentację mieliśmy jak się patrzy. Kiedy chodziliśmy do szkoły, polska jedenastka gromiła wszystkich jak leciało – nie było na nas Brazylii, Argentyny ani Holandii. Jeśli polska drużyna przegrywała na mundialu, to tylko z tymi, którzy kilka dni później (jak RFN, Argentyna, czy Włochy) zostawali mistrzami świata. A nawet te nieliczne porażki wydawały się przypadkowe, złośliwie niesprawiedliwe. I jeśli coś zwiastowały, to jedynie przyszłą wygraną.
Kto pamięta, wie, że niewiele brakowało. Gdyby tamtego lata boisko we Frankfurcie bardziej przypominało trawnik, a mniej kałużę? Gdyby Kazimierz Deyna w swoim setnym meczu strzelił karnego Argentynie? Gdyby Zbigniew Boniek nie złapał dwóch żółtych kartek i mógł wystąpić w półfinałowym meczu z Włochami? Mundial za mundialem ocieraliśmy się o mistrzostwo.
Dziwna sprawa, że właśnie tamte, najdawniejsze mecze pamiętam najlepiej. Zamiast zatrzeć się w pamięci, stają się coraz wyraźniejsze. Jak tamten wieczór w późnym czerwcu, gdy ojciec, uwiedziony widać sportową atmosferą najszczęśliwszych Mistrzostw Świata 1974 r. wziął piłkę, ewidentnie zbyt wielką jeszcze dla mojej chłopięcej nogi, i zabrał mnie, by jeszcze przed transmisją z kolejnego meczu pokopać trochę na szkolnym boisku. Było piękne, gorące, burzowe lato. Polska - Argentyna 3:2, Polska - Haiti 7:0 (biedni Haitańczycy!), Polska - Włochy 2:1, Polska - Brazylia 1:0.
W czasach, kiedy nosiliśmy trampki, myśl, że polska reprezentacja może w ogóle nie zakwalifikować się na mundial, nie mieściła się w naszych nastoletnich głowach. Orły Górskiego (potem Gmocha i Piechniczka) wygrywały przecież mecz za meczem, a my na niezliczonych boiskach, prawdziwych i istniejących jedynie w naszej wyobraźni (słupki z teczek lub worków na kapcie, linie bocznie zbędne) od wiosny do jesieni pozorowaliśmy mistrzów, tocząc własne nieskończone mundiale. Strzelając z główki, byliśmy Szarmachami, dośrodkowując - Deynami, dryblując - Lubańskimi i Bońkami. Stojąc na bramce, robiliśmy karkołomne robinsonady jak Tomaszewski. Niezliczone futbolówki odbijały się nam od żwiru na boisku, kęp trawy pod lasem, od asfaltu na szkolnym boisku i wpadały do niepoliczalnych bramek. Na talerzu w domu czekały świeże truskawki.
Nosiliśmy trampki i nie mogliśmy wiedzieć, że właśnie przeżywamy nasz wiek złoty. Chleb reprezentacyjnego kibica wydawał się słodki jak bułka z masłem. Nikt nam nie powiedział, że krótkie i niepowrotne są wzloty, a codzienną strawą kibica - rozczarowanie i gorycz przegranej. Tylko mundialowe truskawki wciąż są takie same.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości