Reklama

Na wodach eksterytorialnych

09/11/2009 11:10

Straszliwej siły hazardu, tej samej, która rujnuje teraz naszą politykę, doświadczyłem ćwierć wieku temu w czasie mojej gastarbeiterskiej włóczęgi po Skandynawii. Było to na promie między Oslo a Federikshavn.

Zamiast iść wprost do kajuty, ogarnięty chęcią obejrzenia portu z górnego pokładu, jeszcze z plecakiem na ramieniu, ruszyłem na przechadzkę korytarzami morskiego kolosa. Na jednym z wyższych pięter trafiłem do przestronnej sali. Pod ścianami stały rzędy kolorowych, migających światłami automatów. Nie było cienia wątpliwości, miałem przed sobą zorganizowaną grupę jednorękich bandytów. Pierwszy raz stanęliśmy oko w oko. Wcześniej znałem jednorękich tylko z filmu. (- Rozbił pan bank. – Nie, ja tylko pociągnął – tłumaczył się w „Kochaj albo rzuć” przestraszony Pawlak, płynący „Stefanem Batorym” do Ameryki.)
Już chciałem się wycofać, pojmując dobrze, że bliższa znajomość z bandą może skutkować utratą uciułanych dolarów, które słowiańskim sposobem chytrze ukryte miałem za pazuchą. Chciałem się wycofać, ale nie zdążyłem, bo w przeszkolonych drzwiach dostrzegłem siwą babuleńkę, zmierzającą szparko w przeciwną stronę. Ustąpiłem jej miejsca i szarmancko przytrzymałem drzwi. Przytrzymałem chwilkę dłużej, bo drzwi przekraczała już kolejna ożywiona staruszka. Za nią spieszyła trzecia, równie radośnie podrajcowana. Zrozumiałem swój błąd... Jak okiem sięgnąć, korytarz wypełniał tłum niezwykle podnieconych Skandynawek w wieku postprodukcyjnym. Cisnęły się jedna przez drugą, dziwnie przy tym pobrzękując. Rozochocone córy Wikingów trzymały bowiem w rękach plastikowe woreczki pełne monet. - Wycieczka emerytowanych pracownic bankowości - przemknęło mi przez myśl. Szparkim babuleńkom ani w głowie było jednak demonstrować kasjerski kunszt liczenia bilonu. Przekrzykując się głośniej niż dzieciaki na szkolnej przerwie, rzuciły się, by z lubością szarpać jednorękich bandytów za wydatne wajchy. Karmione monetami automaty metalicznie jęczały z zachwytu. Kontemplowałem przez chwilę to geriatryczne pandemonium przy automatach. I obiecując sobie, że jeszcze tu wrócę, korzystając z wolnego przejścia, wymknąłem się na korytarz.
Nie odszedłem daleko, gdy w głębi długiego korytarza dostrzegłem biegnącą w moją stronę chyżą kohortę, której towarzyszyło znane mi już brzęczenie jednokoronówek. Druga fala Skandynawek, widocznie zakwaterowana na jednym z dalszych pokładów, nadciągała nieuchronnie jak tsunami. Stratują, zgniotą, utłuką sakiewkami – pomyślałem z przerażeniem, szukając ratunku. W ostatniej chwili schroniłem się w małej wnęce za gaśnicą. (Nabyte doświadczenie przydało się kilka lat później, gdy w wąskich uliczkach starówki tybetańskiego miasta szarżowało na mnie stado spłoszonych jaków.) Brzęcząca apokalipsa przeszła bokiem. Córy Wikingów pomknęły, by dać upust swoim hazardowym żądzom.
- Córy Wikingów pomknęły… Gdzie jednak podzieli się sami Wikingowie?- kombinowałem. Pół godziny później odnalazłem ich całą drużynę, w komplecie – w restauracyjnym barze. Bez woreczków z monetami, za to z plikami banknotów, które w niezwykłym tempie wymieniali z obsługą na kolorową zawartość szklanek. Prom majestatycznie odbił od nabrzeża i wyszedł z portu. Kilka godzin później rzucił kotwicę na pełnym morzu. To była jedna z tych podróży, która nie powinna skończyć się zbyt szybko. Miała trwać, by docenić wszystkie jej uroki. Zaświadczyć, jak tani bywa alkohol i jak lekki hazard. Na wodach eksterytorialnych, wolnych od podatku.
Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości