- Widzi pan to? Wyobraża pan sobie? Jaki byłby z tego drink?! – zagadywał uśmiechnięty siedlczanin, wskazując lodowe rzeźby. I żeby uniknąć niejakich dwuznaczności bez zwłoki wyjaśniał: - Nie idzie mi wcale, że duży. Nie, że duży… Ale jaki zgrabny! – podkreślał. Na amatora rozcieńczania, szczerze mówiąc, nie wyglądał. Na pierwszy rzut oka, wyglądał nawet na zaciekłego wroga wszelkiego rozcieńczania. Ale magia fikuśnie uformowanego czystego lodu wyraźnie wzięła go w swoje władanie. I mogłem przysiąc, że następnym razem, jeśli coś chlapnie, to tylko z lodem.
Nie było w tej ludzkiej przemianie nic dziwnego. Jak centralny plac miasta długi i szeroki, wszyscy byliśmy pod wrażeniem. Lodowa miniaturka bramy była obiektem powszechnego podziwu. Przy karocy i koniku coś tam jeszcze piłowano, wygładzano, szlifowano, ale zachwyt publiczności był powszechny. Pstrykały aparaty i telefony komórkowe. Życzliwe komentarze i przychylne oceny sypały się obficie jak śnieg z rozświetlonego nieba. Był niedzielny wieczór, 10 stycznia 2010 r. Siedlce obchodziły 70. rocznicę największego w Polsce mrozu: – 41 stopni Celsjusza.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!