Reklama

Nepomuki

08/06/2010 10:41

W kwestii globalnego zabezpieczenia przeciwpowodziowego mieliśmy z Panem Bogiem deal starożytny, układ początków ludzkości sięgający. „Zawieram z wami przymierze, tak że nigdy już nie zostanie zgładzona wodami potopu żadna istota żywa i już nigdy nie będzie potopu niszczącego ziemię” – obiecał Noemu Bóg, sam chyba ździebko przestraszony swoim nazbyt wylewnym biblijnym gniewem. Na dowód dobrych zamiarów ofiarował nam tęczę: „Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią. A gdy rozciągną obłoki nad ziemią i ukaże się ten łuk na obłokach, wtedy wspomnę na moje przymierze…”

Tej wiosny rozpadało się nielicho, wody wzbierają, a kolorowego łuku na obłokach ani widu. Ziemię, którą tak pracowicie czynimy sobie poddaną, zalewa równo raz za razem. O potopie w sensie ścisłym – czterdzieści dni deszczu, sto pięćdziesiąt dni wód opadania – mowy oczywiście nie ma. Litera porozumienia z ludzkością nie została formalnie złamana. Ale kiedy człowiek co dzień patrzy w telewizor, wątpliwości są nie do uniknięcia.
Dla powodzian pod Sandomierzem, w Dukli i na Śląsku albo dla tych, którym osunęły się zbudowane na pochyłości domy, ta wiosna oznacza potop prawdziwie biblijny. Przed potopami mniejszej, lokalnej rangi chroniły zwykle skromniejsze zabezpieczenia – Nepomuki, czyli figurki świętego z Pragi, Jana Napomucena. Sporo ich jeszcze w bliższych i dalszych okolicach stoi przy rzeczkach i mostach. Przy moście na Liwcu pod Wyszkowem, w kapliczce z pięcioma kolumnami obok mostu na Starej Rzeczce niedaleko Krześlina. Albo ta figurka z gminy Sadowne, która po każdym wylewie Bugu, zniesiona falą, gdy wody ustępują, za każdym razem cudownie wraca na swoje miejsce.
Osobliwością jest to – choć, patrząc z drugiej strony, może wcale nie jest to takie dziwne – że Napomuków najwięcej stoi tam, gdzie powodzie bywają ostatnio najstraszniejsze – na Dolnym Śląsku. Osłabł nam ten święty, moc stracił, czy też zwyczajnie nie daje rady? Jan Nepomucen utonął, wrzucony z praskiego mostu do Wełtawy. Nie znam się na świętych, ale na patrona strzegącego przed powodzią wybrałbym raczej takiego, który zagrożeniu by sprostał; wrzucony do rzeki, nie utopiłby się, a wypłynął. Trochę to dziwne, ale jak mówię – nie znam się na świętych.
Odwieczny hymn prosi o wybawienie od powietrza, głodu, ognia i wojny. O wodzie z jakichś powodów zapomina. Może uznano ją za mniejsze zagrożenie? Gdy podchodzi, wystarczy wspiąć się wyżej – i po sprawie. Jak opadnie, można wrócić.
Proste się to wydawało nadzwyczaj. Ale już się nie wydaje. Sam zaczynam się zastanawiać, czy aby nie mieszkam zbyt nisko, za blisko rzeki. Ile mam do Muchawki? Kilkaset metrów raptem. I wcale nie tak bardzo z górki. Z Muchawki na co dzień się wyśmiewam, bo płynie sobie nadzwyczaj leniwie. Ale chyba nabiorę respektu. Z tego co widzę, nawet takie małe rzeczki mogą okazać się nadzwyczaj wylewne. Wystarczy lokalne oberwanie chmury i nie ma ratunku. Może lepiej zawczasu przemyśleć drogi ewakuacji.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości