A tam na skraju osiedla przy torach to teraz budują kościół. Znaczy, na razie kaplicę stawiają. Sprawnie to idzie, trzeba przyznać. Od jesieni warczały koparki. Wycięli drzewa, wywieźli gruz, splantowali teren, ogrodzili go siatką, na bramie powiesili kłódkę. Podobno, bo różnie ludzie opowiadają, była tam kiedyś baza budowlana albo ruskie koszary. Kościół na dawnych ruskich koszarach - piękny i znaczący to symbol.
Na razie stoi kaplica. W jeden dzień wznieśli stalowe rusztowanie. Gdy odeszli, na placu pod gwiazdami została błyszcząca konstrukcja. Lśniące krawędzie twardo obejmowały czarną bryłę mroku. Kadr jak z Kieślowskiego… Metafizyka, pustka, tajemnica. Następnego dnia rusztowanie obciągnęli białym brezentem. I teraz wygląda to jak pieczarkarnia. Czy potrzebny nam kościół na osiedlu? Pewnie tak, skoro budują. Nie budowaliby, gdyby był zbędny. Nie ma sensu mnożyć bytów ponad potrzebę. Możliwe, że były w tej sprawie nieustające błagalne procesje do biskupa. Żeby na nową inwestycję pozwolił, bo do najbliższego kościoła w parafii Bożego Ciała daleko. W zawieję przez zaspy nie sposób dojechać. Nie wykluczam, że były takie prośby parafian. Nie słyszałem, ale być może były. O tym, że przydałoby się w okolicy przedszkole albo żłobek, bo wokół tyle nowych bloków, młode małżeństwa kupują mieszkania, słyszałem na pewno. Nie raz i nie dwa słyszałem Kiedy buduje się kościół, to wciąż jest święta chwila. Wiemy przecież, jak było. Mamy w pamięci, ile wiary i heroizmu było trzeba, by stanął na przykład kościół w Nowej Hucie. Nikt nie zaprzeczy – piękną historię i mocny fundament ma ta na kształt biblijnej arki skrojona świątynia. Kiedy pyszna władza robi wszystko, by nie dopuścić do budowy kościoła, siłą wiary powstają dzieła piękne i niezapomniane. Ale nie zawsze tak bywa. Czasami władza ma gest, rezygnuje z okrągłego miliona w budżecie i daje teren pod kościół z 99-procentowym upustem. I to już nie jest to samo. Kościół kościołowi nierówny. Tak samo jest z krzyżami. Kiedy ćwierć wieku temu uczniowie z Miętnego walczyli o krzyże w klasach, a my solidaryzując się z rówieśnikami, urządzaliśmy szkolne demonstracje i biegaliśmy do kościoła św. Stanisława na msze za ojczyznę, piękne to były czasy. Powiesić krzyż w klasie, w latach 80. - a jeszcze bardziej w 70. czy w 60. – to była odwaga i heroizm. To samo zrobić dzisiaj... to już nie to samo. Dzisiaj odwagą byłoby krzyż ze szkolnej ściany zdjąć. Do czego zresztą nie zachęcam ani nie postuluję, bo wcale nie tęsknię do religijnej wojny. Próbuję tylko rozeznać się w głównych nurtach epoki, czy płynie się z prądem, czy pod prąd. Bo to nie jest to samo. To są dwie wielkie różnice. Dariusz KuziakChcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!