Reklama

Poranne odśnieżanie

19/01/2010 13:35
Odśnieżałem dziś wjazd do garażu. Niewiele jest czynności ludzkich tak słusznych i pięknych jak odśnieżanie. Pomacha człowiek parę minut łopatą i kawałek świata jest uporządkowany. Robota pożyteczna i czysta, zdrowa i na świeżym powietrzu. Zupełnie nie to, co akordowe zaczernianie stron w gazecie. Pożytek niewątpliwy i efekty widać na bieżąco. Z każdym ruchem szufli, z jednej strony ubywa kawałka zaspy, z drugiej – piętrzy się zgrabna śniegowa kopka. Najwyższe pryzmy na osiedlu, zepchnięte pługami i spiętrzone przez koparki, sięgają pierwszego piętra. Ale nie o masywnych pługach i mocnych koparkach będziemy w felietonie na niedzielę dzisiejszą opowiadać. Nie o zaspanych drogowcach i dotkliwych zaniedbaniach w ich służbowych obowiązkach.
Dzisiaj pochwali się prywatną inicjatywę, indywidualną ręczną, szuflową robotę, która przyjemnie męczy ciało i oczyszcza umysł. Pochwali się chwilę, kiedy wychodzi się na świat, by spełnić biblijny (oraz administracyjny) nakaz – aby uczynić sobie ziemię poddaną. Choćby ziemią tą miało być parę zaledwie metrów kwadratowych przed drzwiami garażu.
W odśnieżaniu, jak w każdej robocie, najważniejsze są pozytywna motywacja i właściwy rytm. Obie te sprawy zapewniłem sobie dzisiaj, przepowiadając w myślach - nieuleczalne humanistyczne skrzywienie - dwie strofy z „Podróży zimowej” Stanisława Barańczaka:
Poranne odśnieżanie
to, jakby logik rzekł,
przyjęcie dwu przesłanek
zawartych w słowie „śnieg”:
tej, że upadły anioł
nie wróci tam, skąd spadł,
i tej, że pozostaniem
zbyt skomplikuje świat.

Jest zima. Poważna, całkiem serio. Z dworu przynosi się do domu tylko czysty śnieg, ani odrobiny błota na butach. Kiedy ostatni raz mieliśmy zimę, która dosłownie potraktowała swoją rolę? Z moich obliczeń wychodzi, że to było siedem lat temu - przełom 2002/2003 roku. Było nawet więcej śniegu. Uciekłem wtedy daleko, do Azji, pod gorące słońce Birmy. Tym razem chyba zostanę, stawię czoła.
Kiedy znowu sypnie, uzbrojony w łopatę, ruszę w pościg za swoim upadłym aniołem. Sam nie wróci, samo się nie zrobi. Co nie zmienia faktu, że nieśmiało myślę o tym poranku, kiedy zaszumią rynny, krople z dachu będą walić w parapet, pryzmy świeżego śniegu staną się brudnymi, szorstkimi hałdami, a przebiśniegi brawurowo wychylą głowy. Ale to zaledwie przeczucia.
Na razie do łopaty. Niewiele jest zajęć tak pożytecznych i pięknych jak odśnieżanie.
Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości