Reklama

Smoleńsk i okolice

14/04/2010 11:43

Czy był sens podchodzić do lądowania w takiej mgle? Nie wiem, czy był sens. Wiem, że był mus. Prezydent Lech Kaczyński bez wątpienia pojmował ten polski fatalizm. Przykładów wzniosłych w dziejach aż nadto. Czy był sens, by Wołodyjowski (rycerz, jak prezydent – wzrostem mały, duchem wielki) wysadzał się w powietrze w Kamieńcu? Traugutt dowodził powstaniem, choć wiedział, że jest przegrane? (To właśnie on w „Kompleksie polskim” Tadeusza Konwickiego wypowiada to fatalistyczne zdanie: „Nie wiem, czy był sens. Wiem, że był mus”.) Powstanie warszawskie, czy miało sens?

Rozsądek nakazuje nie poświęcać ludzkiego życia dla symboli. Niestety, w naszej historii zdarzały się momenty, kiedy nie można było zachować się inaczej, niż powtórzyć jak zawsze: Nie wiem, czy był sens. Wiem, że był mus.
Czy można było nie lądować w Smoleńsku? Posłuchać rad naziemnej obsługi lotniska, zawrócić do Mińska, lecieć do Witebska czy Moskwy? Teoretycznie tak. W znaczeniu symbolicznym – było to niemożliwe. Kiedy wyrusza się, by upamiętnić 22 tysiące zamordowanych, po prostu nie można nie dolecieć. Stawić się na cmentarzu, pokłonić cieniom, dać świadectwo zakłamywanej przez pół wieku prawdzie, to – w porównaniu z ogromem katyńskiej tragedii – gest minimum, symboliczny zaledwie. Oni zginęli. My mamy tylko, łatwizna, wylądować, stanąć nad grobami.
Ktokolwiek zdecydował o lądowaniu w trudnych warunkach – kapitan samolotu, czy sam prezydent – kierowała nim siła wyższa, los nieodwracalny; Fatum – mówili starożytni. Nie wylądować w Smoleńsku znaczyło – o, przeklęta małostkowość drobiazgów! – odwlec katyńską uroczystość o kilka godzin, czyli wypadając z telewizyjnej ramówki – właściwie ją unicestwić. Lecieć do Katynia, a wylądować w Moskwie? Co za ironia… Co najmniej powód do lekkich uszczypliwości. I to w sytuacji – o, przeklęta polityczna rywalizacjo! – gdy środowe spotkanie premierów Tuska i Putina nad katyńskimi grobami zostało tak dobrze przyjęte.
Czy był sens lądować? Sensu nie było. Był mus – dolecieć do polskich żołnierzy, zbliżyć się do narodowego losu. Kto przypuszczał, że udając się na spotkanie z cieniami, można zetknąć się z nimi dosłownie, dotrzeć bliżej, niźli się zamierzało? Jeśli prezydent Lech Kaczyński zabiegał o to, by świat raz na zawsze dowiedział się o Katyniu – a wiemy, że zabiegał! – to cel osiągnął. Zgnuśniały, wygodny świat dowiedział się wreszcie o Katyniu. Oto skuteczna, by nie powiedzieć: śmiertelnie skuteczna, polityka historyczna.
Na obrazie Jana Matejki, najbardziej historycznego, więc najbardziej polskiego z naszych malarzy, siedzi zadumany Stańczyk w czerwonym stroju. Jest rok 1514, państwo Jagiellonów znajduje się u szczytu potęgi, za plecami królewskiego błazna trwa bal. Za oknem przelatuje złowieszcza kometa, a na stole leży pismo – wiadomość o utracie Smoleńska. Smoleńska ziemia, złowróżbnym przeczuciem, kojarzy się z zadumą i stratą. Jak dziwnie tasują się karty.
Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości