Zdobyć najwyższą w okolicy górę. Dotrzeć na największą wyspę. Trzeba mieć jakieś marzenia na ten Nowy Rok. Spełniliśmy je wtedy pośpiesznie, za jednym zamachem. Tak zaczął się rok wielkiego przełomu.
Szklaneczki na barze były czarodziejskie. Puste i przezroczyste pod ręką barmanki zmieniały się w pełne i kolorowe. Siedząc z A. w przytulnym wnętrzu, korzystaliśmy z tej magii z umiarem. Barmanka nie była prawdziwą barmanką, a jej bar nie był prawdziwym barem. Raczej szczeliną do innego świata, częścią tajemnicy, której nikt nigdy nie odgadnie. Kto był tu pierwszy raz i poszedł do toalety, ten się dziwił. W środku była wanna, a nad lustrem zestaw kosmetyków. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, skąd znałem tę barmankę. Ale znałem, bo ona też mnie znała. Fałszywy rok wpraszał się pełen zmyłek, zwidów i zawirowań. Nie od razu można było to dostrzec. A. uśmiechała się czarodziejsko.
Plątanina sylwestrowej zabawy kręciła się lekko i bez zobowiązań. Każdy robił, co chciał. Znajomi i nieznajomi pokazywali się, przepadali, zamykając za sobą drzwi, i wracali na nowo. Co miało się zdarzyć, już się wydarzyło. Szampany wystrzeliły. Fajerwerki wybuchły. Tłum, który zebrał się na głównym placu miasta, rozszedł się do domów. Najbardziej kulturalna pani w mieście podarowała nam z A. po służbowym miejskim baloniku. Wisiały teraz za barem, czekając, aż poprosimy o ich zwrot. Usiedliśmy przy barze, bo tylko tam było miejsce. Ale ta noc wyraźnie chciała od nas czegoś więcej. Wyszliśmy w miasto jasne od sypiącego się śniegu. Ruch drobnych płatków rozgrzewał powietrze. Tu i tam zza ścian i okien dudnił rytmicznie bas. W parku pod lampami widać było wszystko na przestrzał. W taką noc chce się iść przed siebie. Poszliśmy główną nawą, zostawiając za sobą samotne ślady.
Wybraliśmy ekstremalne wejście północną granią, ubezpieczając się wzajemnie ciasnym uściskiem dłoni, co kilka kroków radośnie spadając w dół. Trochę to trwało, zanim wspięliśmy się na szczyt. Po kwadransie, zdyszani i gorący, podziwialiśmy z A. okolicę z wysokości, na oko licząc, co najmniej pięciu metrów. Tak wysoka była ta saneczkowa górka. Ale nie na niej zatknęliśmy nasze balony. Zostawiliśmy je na jedynej w mieście wyspie. Tej z wierzbą, pośrodku pokrytego grubym lodem stawu. Ślizgaliśmy się beztrosko jak licealiści.
Świt się zbliżał i magia nocy skrzyła się na śniegu. Rok dopiero się zaczął i wszystko mogło się zdarzyć. Jeszcze był czas. Aby skręcić w inną ulicę, w bramie innej kamienicy spotkać inną dłoń. Wybrać linię życia wyraźniej zarysowaną.
Dariusz Kuziak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!