Reklama

Zmęczenie materiału

14/10/2009 13:50

Na podstawie dwudziestoletnich wnikliwych badań dochodzę do wniosku, że kadencja rządu w Polsce powinna trwać dwa lata. Dwa lata i ani dnia dłużej. Cztery lata to w każdym razie zdecydowanie za długo. W połowie czteroletniej kadencji, czyli po dwóch latach właśnie, w każdym rządzie zaczynają się nieuchronne procesy fermentacyjno-destrukcyjne. Coś zaczyna się psuć, gnić, próchnieć, wykoślawiać i cuchnąć.

Po 1989 r. jedynym premierem, który zachował stanowisko przez cztery lata, był Jerzy Buzek. Nawet jemu, żeby prawdziwie, pełną gębą porządzić - dwa lata wystarczyły. Przez dwa lata zrobił, co miał zrobić, czyli cztery reformy. Dwudziestu czterech miesięcy na to potrzebował. Przez następne dwa lata już tylko szedł na kompromisy, chwiał się i czekał końca.
Leszek Miller, obejmując rządy, tak był mocarny, że śnił już o drugiej, nawet trzeciej kadencji. Drugi rok rządów rozpoczął tymczasem aferą Rywina, a zanim kadencja dobiegła półmetka, miał na karku aferę starachowicką. I było po chłopie. To znaczy po kanclerzu. Wszyscy widzieli, jak skończył. Skończył, jak chciał - po męsku. O premierach pomniejszych, takich jak Oleksy, Belka, Kaczyński, Bielecki, Olszewski czy Pawlak w ogóle nie ma co mówić. W kraju, w którym rządy pełnowymiarowe kończą się po roku, góra dwóch, na rządy drugiego sortu, na rządy pomniejsze zwyczajnie szkoda czasu. Kto zostaje premierem, powinien wiedzieć: chcesz rządzić przez cztery lata - dostaniesz dwa lata. A jeśli od początki, czujesz, że jesteś zaledwie taki sobie, bez pary i pomysłu, nawet się chłopie w gabinecie nie rozpakowuj. Bo po kilku miesiącach niechybnie pakować się będziesz musiał.
Dlaczego rządy tak się nam szybko zużywają? Dlaczego mają taki krótki przebieg? Szczerze mówiąc, nie wiem. Podejrzewać mogę tylko. Inżynierowie mówią na to – zmęczenie materiału. Plus wytężona eksploatacja, wyboiste drogi, brak części zamiennych. Nie bez powodu w automobilową poetykę tutaj wpadam. Z naszymi rządami jest może tak samo jak było z samochodami. Solidne autka kilkanaście lat jak złoto pojeżdżą, mniej solidne - po kilku latach się rozlatują i na złom tylko nadają, bo nie na części nawet.
Recepta na to przyspieszone złomowanie może być w zasadzie tylko jedna – częste, regularne przeglądy w autoryzowanych serwisach. Bezwzględna diagnostyka. Proszę więc nie winić diagnosty (Kamińskiego z CBA), że samochód się rozsypał. Samochodu, a nie mechanika, to wina. Nie wiem, co będzie z premierem Donaldem Tuskiem. Nikt nie wie. On sam nie wie. Ale jeśli przetrzyma tę biedę, w którą wpakowali go koledzy z boiska (lub w którą razem z nimi, na własne życzenie się wpakował), jeśli go ta bieda nie zmiecie, nie zmitręży, Tusk będzie nie do zatrzymania. A jeśli wystartuje i wygra prezydenturę, będziemy mieli pierwszego od czasów Lecha Wałęsy prezydenta, który umie sobie w biedzie radzić, w boju sprawdzonego. Nie takiego, co go dobre wiatry i koniunktury przywiały, ale takiego, co po wielkich wybojach jechał i do garażu trafił.
Ale czy jest w Polsce taka wielka myjnia? Oto jest pytanie... Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości