W Iganiach jest z górki i można wrzucić na luz: wygodnie, wydzielonym pasem do ronda. Z ronda łagodny skręt w prawo i tocząc się, łagodnie mijam rozświetlone akwarium McDonaldsa. Na moście oczywiście telep-telep-telep, sygnał, że powracam cudem na wyboiste ojczyzny łono. Pobudzające telep-telep informuje mnie, że przekraczam administracyjną granicę. Jestem w rodzinnym mieście. A rodzinne Siedlce nieodmiennie zaczynają się od automobilowego telep-telep.
Czy to jest niepisany siedlecki obowiązek, by przy wjeździe do miasta podskoczyć na wybojach? Bo z której strony po równym można wjechać? Między mostem na Muchawce a zakrętem, za którym zaczyna się ul. Garwolińska, leży dziurawa ziemia niczyja, demarkacyjny pas perforowanego asfaltu między miastem a gminą. W Żelkowie jest równo, na ul. Garwolińskiej - jako tako. Pomiędzy nimi zawsze samochód aż trzęsie się z ochoty. Żebyś wiedział, kierowco, że właśnie przekraczasz granicę. To musi być wyraźnie zaznaczone, odczuwane; choćby granica była tylko granicą administracyjną. Z drugiej strony miasta to samo: kończy się ul. Janowska (też już mocno podupadła ostatnio), ale zanim dojedzie się do Stoku Lackiego (gdzie jest już równiutko), trzeba przejechać przez morze wzburzonego asfaltu. Nawierzchnia pod miastem to zapada się, to wzdyma lub malowniczo rozpływa się na boki. Miejsko-gminne komunikacyjne peryferie, zapomniane przez Pana Boga i drogowców.
Droga w Strzale - jak na ironię - nowiutka i równa. Ale między Strzałą a Siedlcami jest przecież przejazd kolejowy. Na przejeździe, jak to na przejeździe - znak „Stop” i szyny w poprzek drogi, więc telep-telep.
Przy wjeździe od strony Łukowa na granicy Siedlec w poprzek jezdni leży rów tektoniczny. Nie może być inaczej, bo dołek w jezdni coraz głębiej się zapada. Samochody jeżdżą, resory się cieszą, że takie pożyteczne. Zapewne płyty kontynentalne między gminą a miastem się tam rozstępują. Most na Muchawce pod Iganiami wcale nie jest dziurawy, a trochę jednak trzęsie. To wszystko, do licha, nie mogą być tylko przypadki! Granice, jak wiadomo z geografii, dzielą się, mówiąc z grubsza, na naturalne oraz administracyjne. Granice naturalne to: rzeki, grzbiety gór, wybrzeża morskie, działy wód. Granice administracyjne są wyznaczone arbitralnie i nie wpływają na ukształtowanie terenu. Narysowana na mapie kreska - przynajmniej teoretycznie - nie sprawi, że rozstąpi się ziemia.
Teoretycznie, bo w praktyce wygląda to inaczej. W praktyce wygląda to tak, że na granicy miasta rzeczywistość rozpada się, rozsypuje w drobny mak. A na drogach widać to najlepiej. Czy asfalt czuje się niekomfortowo, że z jednej strony rządzi wójt gminy, a z drugiej prezydent miasta? Bardziej psuje się od tego? Może różnica potencjałów potęguje erozję terenu? Na granicy miasta samochody bardziej nerwowo, nierówno jeżdżą? Fenomen godzien rozbiorów. A na wszelki wypadek - lepiej zwolnić.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!