Bez wyborów, bez mundialu, co poczniemy teraz? Wydani upalnej pustce letnich dni… Rzeczywistość wakacyjna słabnie i omdlewa. Za to historia prosi o łaskawe wspomnienie.
Z księciem Witoldem i wielkim mistrzem Krzyżaków, Ulrikiem von Jungingenem gruntownie zapoznałem się w dzieciństwie. Reprodukcja „Bitwy pod Grunwaldem” Matejki wisiała nad tapczanem w dużym pokoju. Wystarczyło wskoczyć na oparcie, zdjąć obraz z haczyka, a potem, uważając, by nie stłuc cienkiego szkła, długo badać go na podłodze. Pośrodku książę Litwy w rdzawym kaftanie, wzniesiony miecz, szalony, błędny wzrok, wbity w przestrzeń. Za nim łopocząca, rozdarta chorągiew. Na lewo od Witolda chmura białego płaszcza nad czarną, brodatą głową, czyli - wielki mistrz Krzyżaków. Wokół nich ciżba twarzy, końskich pysków, mieczy, toporów. Bitewne szaleństwo. Miazga ciał ludzi i zwierząt okutych połyskliwym żelastwem. Gęsto od oręża, ale wszyscy – jeszcze żyją. Nic nie jest rozstrzygnięte. Jak 600 lat temu, lipiec znowu jest gorący. W sobotę na polach Grunwaldu będzie inscenizacja. Okrągłe rocznice pobudzają ruch myśli. Jak wygląda dziś ta największa średniowieczna bitwa wschodniej Europy? Fotogenicznie, ale nie najlepiej. Bitwa pod Grunwaldem była, okazuje się, niezgodna z europejskim dyrektywami. Król neofita sprzymierzył się z poganami, by uderzyć w podwalinę chrześcijańskiej epoki - Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Nie spodobało się to zwycięstwo Europie, oj, nie spodobało. Cesarz był przeciw i protestował, jakiś król nawet interweniował u papieża. Gdyby Grunwald przytrafił się dzisiaj, dostalibyśmy burę w Brukseli i jeszcze podaliby nas do Strasburga.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!