Jak zwykle o tej porze z Piotrkiem i Bogdanem leżeliśmy w cieniu naszego dobrego drzewa na Janeckiej Łące i wiedliśmy nasze dysputy. Przybiegłeś ku nam ostrym sprintem, czymś machając. Tym czymś było zadziwiające wydawnictwo radzieckie „Krugozor”, którego osobliwość polegała na tym, że zamiast stron miało wewnątrz kilkanaście plastikowych płyt gramofonowych z audycjami. I choć wówczas nie byliśmy szczególnymi fanami języka rosyjskiego, kupowaliśmy ten magazyn dźwiękowy, ponieważ dość często pomiędzy nudnymi reportażami „produkcyjniakami”, umieszczano perełki: nagrania (proszę sobie wyobrazić!) markowych wykonawców anglojęzycznych! Akurat w tym numerze były cztery utwory Beatlesów i dlatego tak się spieszyłeś. Wsłuchaliśmy się w nie, wspólnie siedząc wokół gramofonu marki „Bambino 2”, by później, sącząc porzeczkowe domowe wino (ale wstyd, nie?), wieść długą i namiętną rozmową o wyższości Lennona nad Jaggerem. Ty zawsze wolałeś „stonsów”, ja - chłopców z Liverpoolu...
W ogóle bardzo dużo rozmawialiśmy. O wszystkim. Z wielkim zacięciem, a często i zacietrzewieniem uzgadnialiśmy poglądy na bieżące wydarzenia polityczne, albo wykłócaliśmy się o interpretacje epizodów z historii Polski (szczególnie tej powojennej). Często planowaliśmy nasze losy, oceniając, które z licznych pomysłów są, a które nie są do zrealizowania... W cieniu naszego dobrego drzewa spędziliśmy wiele, wiele godzin, dni i lat...
Kilkanaście lat temu na Janeckiej Łące pojawiły się maszyny budowlane. Zaczęto zasypywać nader urokliwe samorodne oczko wodne, by zbudować przedszkole. Zeszliśmy się na kilka chwil przed tym, jak stalowa łapa koparki zaczęła łamać konary naszego dobrego drzewa... Czy na pewno był to jedynie przypadek, że przyszliśmy na to miejsce, nie uzgadniając tego między sobą? A może (prawie w to wierzę) ono, nasze drzewo, przywołało nas tylko dla nas słyszalnym agonalnym jękiem, aby u kresu swego długiego życia mieć przy sobie kogoś bliskiego, a któż był mu bliższy niż my, którzyśmy tyle lat chronili się w jego cieniu? Gdy pień trzasnął pod naporem maszyny, mieliśmy ciut mokre oczy...
Długie życie... To znaczy jakie, bo Twoje życie, Andrzeju, skończyło się kilka dni temu. Pewnie leżysz teraz ułożony w cieniu cienia naszego dobrego drzewa, z rękoma splecionymi pod głową i (obowiązkowo) ze źdźbłem trawy
w kąciku ust, „obcinasz” wzrokiem co ładniejsze anielice i mruczysz pod wąsikiem swoje ulubione powiedzonko: „Drogi szwagrze, pozbytkujem dzisiaj także...” Ciekawe, czy niebiański radiowęzeł nadaje „stonsów” i czy mają porzeczkowe wino?...
Nie mówimy żegnaj, lecz do widzenia, Andriusza - Piotrek, Bogdan i ja...
Boxer
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!