Znaleziono ją po dwóch dniach. Samochód, po osie zagrzebany w błocie, stał w środku puszczy. Tak się skończyła podróż nastolatki, która zaufała nawigacji GPS. Jak jej Global Positioning System kazał – „Za-sto-metrów-skręć-w-lewo-dalej-prosto” – tak jechała. Nie przeszkadzały dziewczynie pokonywane chaszcze i bezdroża. Satelitarna nawigacja, to dobre oko, które spogląda na nas z nieba, widzi wszystko i nie może się mylić. Zamiast w domu, nastolatka znalazł się w środku lasu. Komórka się biedulce wyładowała, więc znikąd pomocy. Dziecko zginęło! Poszukiwania na pół województwa. Następnego dnia z helikoptera ją wypatrzyli.
Stary facet, który jechał dostawczym busem, miał więcej szczęścia. Wjechał tylko do jeziora. Kiedy wlewająca się do kabiny woda sięgnęła kierownicy, zgrabnie wskoczył na dach i przytomnie zadzwonił po straż pożarną. Strażacy przyjechali, kierowcę uratowali. Czemuś, chłopie, tak głupio wjechał? – zapytali rozbawieni. - Na ekranie GPS-a nie było jeziora - odpowiedział, wyżymając spodnie.
GPS to zgrabne cacko. Nie tylko stale widzi nas z góry, ale na każdym rozdrożu podpowie, co zrobić. Mieć GPS zawsze przy sobie, czy nie jest to nowoczesne marzenie o dobrym Panu Bogu? A nawet jeśli nie jest to marzenie o Panu Bogu, to jest to z pewnością marzenie o aniele stróżu. Aniele elektronicznym, a więc lepszym, niezawodnym i dostępnym za głupie kilkaset złotych. Doprawdy trudno sobie odmówić. Który facet nie chciałby, żeby subtelna blondynka na końcu drogi dopieściła go kojącym: „Je-steś-u-celu”. Która dama nie poczuje się pewniej za kierownicą, kiedy niski głos, zmysłowy jak wokal Krzysztof Kiliańskiego, pokieruje jej ruchami, delikatnie zalecając: „Zakręć-w-prawo!”
Samochód to dziś zwierzę tak wysoce specjalistyczne, że bez komputera nie podchodź. W standardzie ma nie tylko staromodny ABS, lecz coraz częściej również inne inteligentne wspomagające kombinacje - ESP, EDS, EBV. Elektroniczny układ ustabilizuje tor jazdy, czujniki na bramkach autostrady sczytają tablice rejestracyjne i wyślą na komórkę rachunek za przejazd. Tempomat określi prędkość, czujnik parkowania wykryje przedmioty, do których podjedziesz zbyt blisko, a nawet będzie utrzymywał bezpieczną odległość od samochodu przed tobą. Światła na zakręcie same skręcą. Full wypas, jak to mówią. Zaprawdę, bliska jest chwila, kiedy kierowca będzie potrzebny tylko po to, by wstukać cel jazdy w pudełko GPS i przekręcić kluczyk. Auto samo znajdzie drogę, porozumie się – jak sztuczna inteligencja ze sztuczną inteligencją – z sygnalizacją na skrzyżowaniach oraz dogada się z całą resztą wspomagającej jazdę elektroniki. Samochód stanie się wtedy w pełni godny swej nazwy – pójdzie sam. I bardzo dobrze. Skoro taki mądry, skoro wie lepiej i nakazuje: „Za-sto-metrów-skręć-w-prawo” – niech sam skręca i nie zawraca głowy.
Kwestią nierozstrzygniętą pozostaje, czy w takim w pełni automatycznym, inteligentnym samochodzie, kierowca, który nawet nie dotyka kierownicy, będzie się mógł się napić i znajdować pod wpływem? Moim zdaniem, kierowca – być może tak, informatyk – w żadnym wypadku. Dariusz Kuziak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!