Reklama

Ja, żniwiarz

28/07/2010 08:48

Obowiązki miałem z początku skromne – nie chować się w zbożu, nie wpaść pod kosiarkę. Nosiłem emaliowaną bańkę z wiśniowym kompotem i przywiązanym do niej kubeczkiem, zwykle trochę obtłuczonym od tego noszenia i przywiązywania. Wiśniowy żniwny kompot, oranżada w bursztynowych butelkach z kapslami na druciku i podpiwek, który dojrzewał w przepaścistym mroku komory babci Janiny – to były żniwne ambrozje tamtej słonecznej epoki.

Co wakacje byłem coraz większy, razem ze mną rosły moje żniwne obowiązki. Bo żniwa to była rodzinna epopeja. A hektarów do koszenia nie brakowało: na Wólce, „W ogrodzie”, „Na przeddomiu”, na Rudzie, na Biardzkiem, „Przy merszeńskiej drodze”, „Pod kotem”, „Na środkowych stajach”. Bez rodzinnej pomocy ani rusz! Wyrosłem z noszenia bańki i wspiąłem się na pierwszy szczebel w hierarchii żniwiarzy, dopuszczono mnie do robienia pasów, czyli – wytłumaczę mieszczuchom – skręcania w jeden dwóch wziątek skoszonego zboża. Chodziłem za starszą cioteczną siostrą Bożenką, kręciłem pasy i kładłem je przed zżętymi garściami: żyta, owsa czy jęczmienia. Owies był najprzyjemniejszy, miękki i wcale nie kłuł. Najgorszy jęczmień, długie ości wchodziły w ubranie, kłując przez trzy dni. Terminowałem w żniwnym cechu, moje pasy były coraz lepsze, mocniejsze, nie rozpadały się przy wiązaniu. (Jeśli podczas wiązania rozleci się pas, skręcony przez miejscowego, nic się nie dzieje, skręca się pas jeszcze raz. Kiedy to samo stanie się z pasem „miastowego”, trzeba wszystkich wokoło o tym żałosnym fakcie powiadomić, wesołość jest na pół wsi). Pewnego dnia skończyłem z terminowaniem, dostałem własne stanowisko, kawałek żniwnego pola. Odpowiadałem za całość, kręciłem pasy, wiązałem snopki. Żniwiarzem byłem pełną gębą, równym wśród równych. Bywało, że zasiadałem na lewym siedzeniu kosiarki, by powozić parą koni. Prowadzić równo, nie wjeżdżać w zboże ani zbyt płytko, ani za głęboko, zawracać, nie wyrządzając szkód. Jeszcze rok, dwa, a przesiadłbym się na prawe siodełko. Byłbym tym, na którego pokrzykują: Mniejsze garście! Albo: Większe garście! Byłbym gość. Pamiętam tę radość, kiedy, za którymś nawrotem kosiarki, wstęga nieskoszonego zboża była już tak wąska, że było wiadomo – jeszcze trzy, cztery razy przejedzie i będzie koniec. Na polu zostanie najwyżej broda. Ale to nie był już czas zostawiania brody. Kosiło się wszystko, do końca, brodę – pozostawioną na polu, cieniutką resztę zboża – co najwyżej wspominając jako zwyczaj wychodzący z wiejskiej mody. Potem szło się przez pole, zbierając snopki, ustawiając je w mendle. Wracaliśmy do domu drabiniastym wozem, zostawiając za sobą kawałek uporządkowanego świata. Skłony rżysk, pokryte równymi rzędami mendli czy dziesiątek – jeden z najpiękniejszych widoków. Widoków dzisiaj zupełnie nieznanych, zapomnianych jak mechaniczny terkot konnej kosiarki. Trochę tęsknię za tym krajobrazem z pogranicza natury i kultury. Dzisiaj żniwa są takie krótkie. Jednego dnia jeszcze stoją zboża, nazajutrz pola puste jak nostalgia. Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości