Łuków – kraina wiszących rowerów. Oczywiście, sam bym tego nie wymyślił. Usłyszałem od kogoś, kto kiedyś – podróżując między Terespolem a Warszawą – wielokrotnie, nałogowo przez Łuków przejeżdżał. Nigdy nie wysiadł, nie poszedł w miasto, między ludzi, a tylko przez okno pociągu osobowego znudzony spoglądał na rowery. Łuków był dla niego tylko dworcem, skrawkiem peronu i tymi rowerami, zawieszonymi na dziwnej konstrukcji. Był to zapewne jakiś rodzaj stojaka czy wieszaka dla rowerów. Być może wciąż tam jest, może wciąż na nim wiszą welocypedy. Nie wiem, nie widziałem. Do Łukowa pociągiem jechałem chyba tylko raz w życiu.
Przypomniały mi się łukowskie rowery, bo ostatnio – nie żebym się chwalił - znowu jechałem pociągiem. Co prawda nie w stronę Łukowa, lecz Warszawy. W tym przypadku idzie jednak nie o kierunek, lecz o rowery. A raczej – o zupełny brak rowerów. Kiedyś rowery widziało się wszędzie, na każdej stacyjce. Przypięte do płotów, balustrad czy słupów czekały cierpliwie na powrót swoich właścicieli. Właściciele tymczasem wskakiwali do podmiejskiego i kołysani łomotem kół, przymykali oczy, by ukraść jeszcze kilka minut bezcennego snu. Potem wysiadali na Wschodnim, Śródmieściu czy Ochocie, biegli, by dogonić tramwaj czy autobus i na czas stawić się w swojej stołecznej robocie. Rowery na stacyjkach – w Sabince, Koszewnicy, Wrzosowie - cierpliwie czekały, rdzewiejąc.
Tradycja jeżdżenia za robotą do Warszawy nie zginęła. Poranne pociągi mazowieckie wciąż są pełne. Rowerów tylko nie ma. Wzdłuż peronów w porannej, jesiennej mgle stoją teraz równiutkie rzędy samochodów. Ich szyby lada dzień pokryją się szarym szronem. Nie są to, oj, nie są automobile najwyższej klasy. Raczej zajeżdżone konie mechaniczne bez nadmiernych ambicji i oczekiwań wobec świata. Nie stawia się im wielkich wymagań. Mają zapalić nawet nie za pierwszym razem, byle zapaliły. Świeżość karoserii nie jest ceniona najwyżej. Najważniejsza rzecz to akumulator. Mają wyjechać z domu wczesnym rankiem (jeśli właściciel pracuje akurat na drugą zmianę – około południa) i przejechać kilka kilometrów. Dotrzeć do stacji kolejowej i tam dziesięć godzin, albo i dłużej, cierpliwie warować, czekać na powrót swojego pana, kierowcy. Bryki na skraju załamania, emeryci na automobilowym dożywociu.
Nowe rowery bywają droższe od starych samochodów. Rower to już nie życiowa konieczność chłoporobotnika na stołecznym wikcie, a miejska fanaberia - manifest swobody, rozrywka i styl życia. Na samochód – lepszy czy gorszy, przeważnie na gorszy - stać prawie każdego. Rowerem jeżdżą ci, którzy mogą sobie na to pozwolić. Dlatego przy zamglonych stacyjkach stoją dzisiaj samochody. Jeszcze jeden widomy dowód, proszę wybaczyć patos, cywilizacyjnego skoku. Pewnego pięknego dnia, zamiast wiszących rowerów – wierzcie mi albo nie - będą nawet piętrowe parkingi.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!