Należy w Siedlcach do postaci rozpoznawalnych. Do niedawna jego znakiem szczególnym była charakterystyczna burza gęstych czarnych włosów, godna diabolicznego dyrygenta. Potem zaczął się pokazywać z ogoloną głową, okrytą fantazyjną chustą. Dziś uśmiecha się spod szpakowatej, króciutkiej fryzurki. To efekt przebytej chemioterapii. Meżer. Tak nazywają go znajomi i nieznajomi. Nie da się ukryć, że Meżer jest w Siedlcach człowiekiem-instytucją.
- O chorobie nie wstydzę się mówić, nie boję - kwituje wydarzenia ubiegłego roku. - Nazwijmy to po imieniu: rozpoznano u mnie nowotwór. Odkrycie choroby, to był czysty przypadek. Nie niepokoiły go żadne bóle głowy, luki w pamięci, nic z tych rzeczy.
- Ale miałem dzień po dniu dwie stłuczki samochodowe. Niegroźne. Po prostu parkując, za blisko podjechałem i otarłem się o inne auto. Poszedłem do okulistki po nowe okulary. Po rutynowym badaniu dna oka, od razu pojechał do szpitala. Dziś wie, że nowotwór rozwijał się około 5 lat.
I że Bóg nad nim czuwał, bo tym razem nie zlekceważył zaleceń lekarzy.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!