Reklama

Nie zostawiajmy po sobie gruzu - rozmowa z Renatą Przemyk

Jak wspomina Pani swoje występy w naszym regionie - zwłaszcza niedawny koncert w Zbuczynie? Słyszeliśmy, że publiczność była zachwycona.

- Ja też byłam zachwycona Zbuczynem! Wydawałoby się, że to niewielka miejscowość, ale tak wspaniale było wszystko przygotowane, a publiczność cudownie życzliwa. To jest właśnie magia prowincji, gdzie czuje się prawdziwe zaangażowanie. Siedlce też zawsze dobrze mi się kojarzyły. Dodatkowo czuję się związana z Garwolinem, skąd pochodzi mój partner i jego cała rodzina. Regularnie tam jeździmy.

Reklama

Wspominała Pani w wywiadach, że „odrobiła lekcje życiowe” i dopiero teraz, po pięćdziesiątce, czuje się Pani lepiej niż w wieku 20 czy 30 lat. Co było tą najważniejszą lekcją? Jaki moment okazał się przełomowy w drodze do odzyskania tego wewnętrznego spokoju?

- Musiało wydarzyć się kilka rzeczy, bym zrozumiała, że jesteśmy dobrzy tacy, jacy jesteśmy, i nie musimy spełniać cudzych oczekiwań. Pierwszym przełomowym momentem było pojawienie się córki, Klary. Nagle zjawia się ktoś ważniejszy od nas i kompletnie zmienia się optyka. Odkryłam w sobie pokłady miłości i cierpliwości, o jakie wcześniej się nie podejrzewałam. Drugim momentem, wstrząsającym, była groźba utraty głosu. Choć najgorsza diagnoza się nie potwierdziła, dla mnie była to cenna lekcja pokory. To doświadczenie brutalnie mi uświadomiło, że nic nie jest nam dane na zawsze i nie powinniśmy rozgaszczać się w złudnym poczuciu nienaruszalności.

Reklama

Złudne poczucie nienaruszalności? Rzeczywiście, na co dzień żyjemy tak, jakbyśmy mieli nieskończenie dużo czasu. Czy tamta lekcja pokory zmieniła Pani podejście do spraw ostatecznych? Czy uważa Pani, że śmierć jest czymś, z czym można się pogodzić, czy lęk przed nią jest nieodłączną częścią życia?

- Chyba łatwiej pogodzić się z nieuchronnością własnej śmierci niż ze stratą najbliższych. Odejście zawsze jest zbyt wczesne, a strata tak dojmująca, że chyba nigdy nie będziemy w stanie w pełni jej zaakceptować. Kiedyś, zwłaszcza na wsi, ludzie oswajali ten temat rytuałami, przygotowywali się do odejścia. Zdarzało się, że ktoś czuł nadchodzący koniec, ubierał się odświętnie i kładł do łóżka. Może dzięki wierze ludzie byli bardziej pogodzeni ze śmiercią? Możemy próbować to odczarować, patrząc na dawne rytuały i spokój, z jakim kiedyś ludzie odchodzili, ale tęsknota zawsze pozostanie. Najważniejszy wniosek jest taki, że odchodzimy bez niczego. Nie zabierzemy ze sobą tego, na co zapracowaliśmy i wokół czego dokonywaliśmy tak ogromnej ilości starań. Warto więc żyć tak, by nie zostawiać po sobie zgliszczy i gruzu, lecz poczucie, że kochaliśmy i byliśmy kochani. Żeby w tym zaskakującym momencie móc sobie powiedzieć: to było dobre życie.

Reklama

Pani refleksja wymaga świadomości. Czy dzisiejszy świat pomaga nam ją pielęgnować, czy raczej nas od niej oddala? Steve Hogarth, wokalista Marillion,
opowiadał niedawno, że wyszedł do ogrodu posłuchać śpiewu ptaków i nagle zdał sobie sprawę, że nie potrafi już cieszyć się tym jak kiedyś. Poczuł, że bezpieczny świat, w którym do tej pory żył, właśnie się kończy. Czy naprawdę żyjemy w gorszych czasach, czy może świat wciąż jest taki sam, tylko my patrzymy na niego inaczej?

- Świat w gruncie rzeczy jest zawsze taki sam, zmieniają się tylko narzędzia, poziom cywilizacji i udogodnienia (np. sztuczna inteligencja). Rzeczywistość ewoluuje, ale natura człowieka pozostaje niezmienna. Wciąż nosimy w sobie te same, pierwotne emocje: gniew, zawiść, niezdrową rywalizację i agresję. Ale z drugiej strony wciąż są wokół nas ludzie gotowi oddać życie, poświęcić się dla innych i pomagać potrzebującym. Potwierdza to paradoks szczęścia: zawsze byli i będą tacy, którzy potrafią cieszyć się życiem nawet w biedzie, i tacy, którzy mają miliony, a mimo to nic nie jest w stanie ich zadowolić. Królowie bywali nieszczęśliwi, a prości ludzie doceniali małe rzeczy. Natura ludzka się nie zmienia. Zmienia się tylko świat wokół niej. Wyjątkiem jest, oczywiście, granica skrajnej biedy, za którą człowiek walczy już tylko o przetrwanie.

Reklama

Skoro natura ludzka się nie zmienia, to może zmienia się to, jak społeczeństwa reagują na nasze słabości, błędy czy potknięcia? Publicysta Mariusz Szczygieł, czerpiąc z czeskich doświadczeń, powiedział kiedyś, że Czesi dają mu prawo do słabości, do „grzechu”, w przeciwieństwie do Polski, gdzie - jego zdaniem - tropienie grzechu jest zajęciem narodowym. Czy uważa Pani, że my jako społeczeństwo straciliśmy tolerancję dla ludzkich potknięć i że coraz trudniej jest nam w Polsce wewnętrznie odnaleźć zgodę na siebie?

- Na naszą reaktywność wpływa wiele elementów: 123 lata braku niepodległości, zawirowania i komuna. To zakodowało w nas czarnowidztwo i strach. A blisko po sąsiedzku ze strachem jest gniew. Łatwo jest zarządzać społeczeństwem, które jest wystraszone i gniewne. To sprawiło, że nie do końca umiemy celebrować dobrą stronę życia, a pretensje mają mocniejszy głos niż to, co dobre. Dlatego ja otaczam się ludźmi z pozytywną energią. Dobrym krokiem było też pozbycie się telewizora, nie mam go od dziewięciu lat i bardzo mi to służy. Rzeczywiście, w Pradze jest klimat lżejszego traktowania poważnej tematyki. Czesi mają opinię, że są bardziej wyluzowani od nas, i to chyba jest kluczem do lżejszego życia.

Reklama

Związany z Pragą Franz Kafka twierdził, że literatura i sztuka powinny „gryźć i dźgać”, a nie tylko uszczęśliwiać. Ten rodzaj podskórnego bólu - takiego niepokoju, który prowokuje do myślenia - wyraźnie słychać także w Pani twórczości, choćby na płycie „Blizna”. Czy wierzy Pani, że aby sztuka faktycznie pomogła nam przetworzyć chaos życia, musi najpierw zadać dyskomfort i „ugryźć”?

- Zdecydowanie. Sztuka w każdym wymiarze musi skłaniać do refleksji, jak najgłębszej. Im silniejsze wrażenie, im mocniejsze to ‘ugryzienie’, tym większa zaduma nad złem, niesprawiedliwością i naszym stosunkiem do życia. Sztuka powinna poszerzać horyzonty, żebyśmy byli w stanie patrzeć dalej niż własny nos, bo bez zasad łagodnego, pokojowego współistnienia nie będziemy w stanie normalnie egzystować. Wystarczyłoby, żeby w naszym chrześcijańskim narodzie było naprawdę przestrzegane to jedno przykazanie miłości: kochaj bliźniego jak siebie samego. Wtedy nikt, kto choć trochę siebie lubi, nie skrzywdziłby drugiego człowieka. 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    co tam gruz wobec sabotażu - niezalogowany 2026-01-08 16:23:40

    Nie zostawiajmy po sobie gruzu? wystarczy, że od dziesiątków lat poliński nierząd zrobił z Polski wielkie gruzowisko. Nie ma na leczenie Polaków, a spłacamy długi Ukrainie, minister nierządu się chwali, że najwięcej kupujemy od USA broni spośród 27 krajów unijnych, że płacimy za ukraiński internet... kto to szaleństwo powstrzyma???!!!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Sum - niezalogowany 2026-01-08 17:19:31

    Do p. redaktora. Człowiek odklejony od rzeczywistości p. Kafka nie powinien być uznawany za autorytet. A przykazanie miłości składa się z części 1 i z części 2. Cytuję "Będziesz miłował Pana Boga twego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich myśli swoich, a bliźniego swego, jak siebie samego.". I jak się ktoś na to powołuje to winien cytować komplet nie wyciąg.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Taka prawda - niezalogowany 2026-01-08 19:37:02

    Tytuł idealnie pasuje do wywiadu w szefem firmy rozbiórkowej. Czy nie dało się lepiej ?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości