Reklama

Sucha szosa

"Dobrze że na rowerze nie czuć tego skwaru, to są plusy roweru szosowego w porównaniu z mtb, na szosie zawsze jest chłodno. Pić trzeba, a na strefie bufetu wolontariusze podają bidony, podają gorsze bidony niż ostatnio, mniejsza pojemność, wypełnione do połowy, zawór nieprzepustowy, na ostatnią pętlę dostaję zatem jakieś 200ml wody..."

Na starcie tegorocznego Triathlonu w Suszu, 7 lipca, na dystansie długim (1,9 km pływania, 90 km rower, 21,1 bieg) stanęło ok. 350 zawodników. Wśród nich był siedlczanie - Paweł Janiak i Paweł Zapałowski. Oto opowieść Pawła o przygotowaniach i starcie w ponad 30-stopniowym upale:

Stojąc w tłumie na starcie przypomniałem sobie start na Rajdzie 360 w Zamościu: tam -30 a tutaj +30, „oba dobre”  będzie umieralnia.
 
Obok mnie na starcie same sławy, Gaweł Boguta (przygotowany do dzisiejszych temperatur po Maratonie Piasków); Arek Recław (znany minimalista – pasjavspraca.com, który w triathlonach minimalnie ze mną wygrywa, a ja mu dupę piorę na rajdach); widziałem też Piotra Dymusa, ale nie dał się przekonać do startu i stwierdził że będzie cykał foty. Innych sław nie spotkałem.
 
550 osób, start z wody:
No co będzie, washing machine, a to w twarz, a to w żebro, a to za rękę, ale znam to z zalewcup.pl nie raz już krwią plułem po wyjściu z wody. Plan ? Tak przyp.....przez 400m, aby uciec uderzaczom. Start. Inni też tak pomyśleli, tak szybko myśleli że nie widziałem przez kilka dobrych minut pierwszej boi na którą płyniemy. Po kilku minutach znalazłem swoje miejsce, znalazłem swój rytm, ale jak to zwykle bywa ktoś na ciebie wpływa, bo nie zawsze ci co pływają szybciej pływają też prosto, oni z rytmu wybijają. Próbowałem pływać w nogach tych szybszych, jednak szybsi byli na tyle, że mi uciekali, nic to, trzeba robić swoje. Sporo płynąłem widząc po prawej kolegę z Leniwców ( Paweł Zapałowski ) „nie zdziw się jak z wody wyjdę przed tobą” - się dziad podszkolił w przegarnianiu wody dzięki treningom z WTT i TRIenergy. Uciekłem mu na nawrocie i już nie widziałem (wyszedłem kilkanaście sekund przed nim :)). Grzało, woda 23 st, pianka i słońce, grzało, i coś ściskać zaczęło, tylko czy to była kolka czy wysysanie glikogenu ? Nie wiem. Ściskało. Z wody wybiegłem po 33 min, więc poprawa o 2 min z 2011r. Super, ale ch... z tym skoro przy zdejmowaniu pianki puścił szew od chipa, co załapałem dopiero po 2 próbie przyrzepienia, owinąłem i wcisnąłem pod skarpetę (tak, musiałem włożyć skarpetki) ...teraz myślę sobie, tyle tego pływania, treningów, i co wyjście ze strefy z rowerem w takim samym czasie......

Rower:
Piękną mam maszynę - to sama pojedzie i bidon aero i kask pseudoczasowy i koła rakietowe i forma wyjeżdżona. Kto w Suszu był ten podłoże zna. Jest pętla 30 km, są podjazdy-zjazdy, jest 3 km brukopodobne, jest popękana nawierzchnia, jest i kawałek szybki i są super kibice. Coraz lepiej z tymi kibicami, przy barze na zakręcie świetnie dopingują panowie z browarami, ale skąd mają wielki bęben ;). Jadę i ciężko mi wjechać na średnią 33, uff to jednak było pod wiatr, więc z wiatrem docieram nawet do średniej 35 po pierwszej pętli. Jadę na tętno, przyjąłem, że średnie tętno z roweru nie może być wyższe niż 160. Ale na tej trasie tętno skacze, prędkość skacze, bidony też skaczą. Pochłaniam iso, pochłaniam wodę, pochłaniam żele, a i jeszcze baton, został mi baton z vitargo, który pochłaniam jakoś pod koniec roweru. Dobrze że na rowerze nie czuć tego skwaru, to są plusy roweru szosowego w porównaniu z mtb, na szosie zawsze jest chłodno. Pić trzeba, a na strefie bufetu wolontariusze podają bidony, podają gorsze bidony niż ostatnio, mniejsza pojemność, wypełnione do połowy, zawór nieprzepustowy, na ostatnią pętlę dostaję zatem jakieś 200ml wody. Na oparach kończę rower z czasem 2:38, więc poprawa o 12 min i średnia 34.2 km/h. Jest czad, po pływaniu i rowerze mam sumę, 3:17, do złamania 5 godz wystarczy pobiec półmaraton w godzinę i 40 min, co to dla mnie, przecież robiłem mocne zakładki, przecież 60 km szybkiego roweru i po nim 10km biegu po 4:15/km to była bułeczka z troszkę twardszym masełkiem. I też na tętno, tym razem pierwsze 10 km do 160ud/min, lecę...

Bieg:
1 km – 4:22, 2 km 4:30 - no cudnie jest po prostu. Gwiazda grzeje, po drugiej stronie jeziora grzeje jakby mocnej, kibiców mniej, nawadniam się, ale coś jest nie tak....coś mi siedzi w środku, wypełniam się pijąc jak na pamiętnym, zniesławionym rajdzie Nawigator, w którym to startując z Maćkiem Surowcem, w podobnych temperaturach skończyłem padając na łące przy pasącym się koniu. Podobne uczucie, tam też się wypełniałem, jakby coś zatkało trawienie, jakiś taki korek, który blokuje resztę, ale tam chlustałem górą na prawo i lewo, a tu się nawet nie zanosi. Piję i się wypełniam, nie piję to się odwadniam, jak Syzyf. A ten korek ani drgnie. Prędkość spada, spada dramatycznie, bo do 5:33/km, nosz qr...mać, pierwsze kółko kończę z samopoczuciem gorszym niż górski etap na Adventure Trophy, po którym zeszliśmy z trasy. Ale tam była noc, był chłodek, nie było korka, jak biec, jak pić, jak żyć ??? Druga pętla, a ja nie przyspieszam, z nieba lampa, z przeciwka mijam Gawła, no cholera ten to wygląda, jakby mu to przyjemność sprawiało, na niego nie świeci słońce ? Zerkam na tętno....156 noo nieeee próbuje przyspieszyć i mnie zgina wpół, pięknie – przebiegnę na niższym tętnie niż pojechałem. Zaczynam myśleć, że 1:40 nie jest takie realne, jak było w założeniach, po 11km zaczynam myśleć, czy nie wleźć gdzieś w krzaki i wpakować paluchy w krtań wymuszenia wyrzygu celem. Ale nie schodzę, próbuję pić, jak pić jak nie ma już miejsca na płyny ( to złudne odczucie, jak fatamorgana) i jeszcze na nawrocie w miejscu największej „lampy” woda do polewania w gąbkach jest ciepła, do picia zresztą też. Wkurw, na kostkę, na brzuch, na cały świat, koniec łamania 5 godzin, łamanie psychy następuje i kilometr w 6:08, dobitna dobitka, to jest „ściana”, myślę ? Jaka ściana, ściany nie ma, bo walczę, aby nie przejść do marszu, ale robię coś na kształt biegu, bo bieg to według mnie nie jest prędkość 5:30/km, ściana to to nie jest, ale solidnie szoruję gębą po gzymsie tej ściany....

3. okrążenie i tu się dzieją jakieś dziwne akcje, np. papież umiera na ławce (Adamczyk), odwodnił się chłop i udaru dostał, następny dobry... Pitbull (Dorociński)  – próbuję przybić z nim 5, przybija i przez zęby cedzi „kur...ja tu umieram” - „pokaż kogoś, kto nie umiera ?” ale już nie odpowiada.... Lecę na oparach, już prawie tej „ściany" dotykam, słaniam się na nogach, zginam wpół, pękło właśnie 5 godzin a ja nadal w trasie....Haa, będzie nawet gorzej niż w zeszłym roku, gorzej niż gdy trenowałem 40 % mniej , hahhaha - ale mnie to bawi w tym momencie, a tu jeszcze 3 km. Próbuję się poderwać i zaczynam szarpać, ale organizm nie chce słuchać, tętno nie rośnie, biegam taką sinusoidą prawie do końca. Na samym dobiegu dostałem leniwą flagę i nawet wykrzesałem się na lotny finisz. Cieszyłem się, cieszyłem że to już koniec, bo nie z pięknego wyniku. 5:07:28, gorzej niż w zeszłym roku.

To jak ? Więcej treningów a gorszy wynik, jak to, whyyyyy?  Usiadłem, wypiłem piwo, nie smakowało wyśmienicie, część nawet wylałem na głowę, podobno wyglądałem, jakbym nie kontaktował. Po godzinie doszedłem do siebie. Masaż bolał. Jednak się upodliłem, jednak lekko nie było, jednak w czerwcu było chłodniej, jednak nadal mam chęć połamać te 5 godz. W środę już byłem na treningu, na łączonym ;) Przecież przed nami jeszcze triathlon.siedlce.pl a tam już nie może być gorzej - a może może....

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama