Wychowaliśmy się w czasach bezbożnej komuny, więc do głowy by nam nie przyszło, by pisać na transparencie: „Precz z krzyżami. Na stos z moherami” czy „Dość dyktatury krzyżaków”. Inną dyktaturę mieliśmy na głowie, więc jeśli coś pisaliśmy, to na przykład: „Junta juje”. No, ale my – jako się rzekło - żyliśmy w kraju programowo ateistycznym i mieliśmy tylko godzinę religii w tygodniu i to w ciasnej salce parafialnej. A teraz młodziaki mają dwie godziny w szkole i konkordat, który stoi na straży ich religijnych przeżyć. Pewnie z tego powodu ćwierć wieku temu z okładem, my, licealiści lat 80., upominaliśmy się o krzyże, a teraz młodzi roku 2010 jakby w stronę przeciwną ciągną. (Czy to, że kiedyś się upominaliśmy, sprawia, że dzisiaj możemy prosić, żeby je zdjąć? Każdy ma prawo przecież zmienić zdanie… Czy może działa to tylko w jedną stronę?).
W naszych bezkonkordatowych, zupełnie świeckich czasach biegaliśmy do parafii nie tylko na lekcje religii. Siedząc w kucki na księżowskich pokojach albo leżąc wprost na księżowskim dywanie, oglądaliśmy tam zakazane filmy albo słuchaliśmy mądrych pogadanek, których nigdzie indziej nie można było obejrzeć ani wysłuchać. W parafialnych bibliotekach wypożyczaliśmy niedostępne gdzie indziej książki. Czasy były podłe i obłudą wiało z wielu stron, ale nigdy od strony kościoła.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!