Reklama

To ja, dziejowa sprawiedliwość...

Sekretarz powiatu siedleckiego 25 lat temu spotkał się z oficerem SB. Po ćwierć wieku został osądzony i musiał złożyć rezygnację.

Drobny incydent z czasów młodości burzy ustabilizowane życie dojrzałego mężczyzny. A wszystko w imię tak zwanej dziejowej sprawiedliwości, która może się okazać nie mniej bezwzględna niż ta sprzed ćwierć wieku. Sprawiedliwości, która rzeczywiście bywa nie tylko ślepa, ale ma też wiele innych przypadłości. Bo zamiast uczciwej kary, staje się narzędziem zemsty.
Można powiedzieć, że nie ma się nad czym rozczulać, bo sekretarz powiatu w Siedlcach sam sobie zawinił. Tylko czy w tym wypadku zawinił pojedynczy człowiek? Może padł ofiarą systemu – i tego poprzedniego i obecnego, który stworzył prawo, pozwalające na koszenie wszystkich równo, jak leci... Prawdziwy drań i sprzedawczyk jest traktowany tak samo, jak ktoś, kto tylko otarł się o podłość, ale jej nie uległ.

Tajny współpracownik...

W czerwcu 2010 roku do Sądu Okręgowego w Lublinie wpłynął wniosek Prokuratora Oddziałowego Biura Legislacyjnego w Lublinie Instytutu Pamięci Narodowej o wszczęcie postępowania lustracyjnego wobec sekretarza powiatu siedleckiego. Wniosek dotyczył też wydania orzeczenia, że złożył on niezgodne z prawdą oświadczenie lustracyjne. W uzasadnieniu wskazano, że w wyniku przeprowadzonej tzw. kwerendy, odnaleziono materiały archiwalne, które wskazywały na tajną współpracę sekretarza ze Służbami Bezpieczeństwa PRL.
Sąd ustalił, że sekretarz był „opracowywany” jako kandydat na tajnego współpracownika – przez jednego z funkcjonariuszy Wydziału VI Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Siedlcach. Wniosek w tej sprawie był zatwierdzony przez samego naczelnika tegoż Wydziału.
Czego miały dotyczyć informacje, których oczekiwano od „pozyskanego”? Dzisiaj wydają się one wręcz śmieszne. Służby liczyły na informacje o przejawach marnotrawstwa i niegospodarności, funkcjonowaniu administracji i jednostek gospodarczych czy też przyczynach niezadowolenia w środowisku wiejskim. Jakby ówczesna władza nie wiedziała, na co klną chłopi...

Cała współpraca miała charakter incydentalny i ograniczała się do trzech spotkań. O efektach jednego z nich tzw. prowadzący pracownik WUSW napisał w notatce służbowej, że podczas spotkania nie zostały mu przekazane żadne istotne informacje. A te pozyskane informacje dotyczyły takich „rewelacji”, jak ewidencja gruntów rolnych (sekretarz pracował wówczas w Referacie Rolnym Urzędu Gminy w Wodyniach), czy też skład osobowy Gminnej Rady Narodowej w Wodyniach...
W tamtym czasie praktyką pracowników SB było dorabianie lipnych notatek, zawierających ponoć informacje, pozyskane od współpracowników. Jeden ze świadków w tej sprawie przyznał: „Zdarzały się przypadki wkładania w usta tajnych współpracowników informacji, uzyskanych w inny sposób”. Bo czegóż się nie robi, żeby wykazać się przed przełożonymi i zasłużyć na premię? Sam sąd uznał, że trudno zakładać, iż jedna z notatek, zatytułowana „informacja spisana ze słów źródła”, została sporządzona na podstawie danych, przekazanych przez sekretarza. Mało tego, sąd uznał wręcz, że oficer SB uzupełniał informacje w oparciu o dostępne źródła ewidencyjne czy też oficjalne obwieszczenie Gminnej Rady Narodowej... Dzisiaj godzina pracy w internecie mogłaby zastąpić pewnie ze stu takich agentów.

Całość w papierowym wydaniu "TS".

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama