Rozszalały się nam żywioły, oj rozszalały, zimą mieliśmy siarczyste mrozy i śniegi nieliche, wiosną ulewne, uporczywe deszcze i powodzie. Po nich przyszły upały dorównujące swoją zaciekłością zimowym mrozom – nieustanne, wielotygodniowe, bez chwili wytchnienia. Niby natura działa zgodnie z planem: zimą jest zimno, latem – gorąco i deszczowo wiosną. Ale widać, że gra na najwyższych rejestrach, jakby ubiegała się o wpis do księgi Guinnessa i chciała pobić własne synoptyczne rekordy.
Rozszalały się żywioły, rozszalały, ale - chwalić Pana - nie u nas. U nas, owszem, pada – piszę to w czasie niedzielnej burzy - ale jeszcze nie tak, żeby się z brzegów przelewało. Mrozi, ale jeszcze w kożuchach dajemy radę. Upały dotkliwe, ale jeszcze przecież do cna nie wypaliło, zboża pięknie dojrzewają. Najstraszniejsze żywioły tylko w telewizji oglądamy. Nasza chata z kraja, chciałoby się powiedzieć.Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!