Reklama

U Pana Boga za piecem

20/07/2010 13:09

Rozszalały się nam żywioły, oj rozszalały, zimą mieliśmy siarczyste mrozy i śniegi nieliche, wiosną ulewne, uporczywe deszcze i powodzie. Po nich przyszły upały dorównujące swoją zaciekłością zimowym mrozom – nieustanne, wielotygodniowe, bez chwili wytchnienia. Niby natura działa zgodnie z planem: zimą jest zimno, latem – gorąco i deszczowo wiosną. Ale widać, że gra na najwyższych rejestrach, jakby ubiegała się o wpis do księgi Guinnessa i chciała pobić własne synoptyczne rekordy.

Rozszalały się żywioły, rozszalały, ale - chwalić Pana - nie u nas. U nas, owszem, pada – piszę to w czasie niedzielnej burzy - ale jeszcze nie tak, żeby się z brzegów przelewało. Mrozi, ale jeszcze w kożuchach dajemy radę. Upały dotkliwe, ale jeszcze przecież do cna nie wypaliło, zboża pięknie dojrzewają. Najstraszniejsze żywioły tylko w telewizji oglądamy. Nasza chata z kraja, chciałoby się powiedzieć.
Pewnie prześlepiłbym ten szczęśliwy mazowiecko-podlaski fenomen przyrodniczy, ale zadzwoniła pani Janina Toczyłowska, właścicielka dworu w Paplinie. Zadzwoniła, by podzielić się radosną myślą, że w tak szczęśliwie wybranym miejscu mieszkamy. W Paplinie właśnie dworskie siano zebrano. Dworskie, choć też unijne, bo trawa z gatunku tych, co ją trzeba zgodnie z dyrektywami kosić, nie za wcześnie, by ptaszki zdążyły się wylęgnąć. Dobra jak święty Franciszek jest nasza Unia. I tego siana jest w tym roku dwa razy więcej niż zeszłorocznego. Tak że nawet – jak donosi właścicielka paplińskiego dworu - z nieszczęśliwymi powodzianami z dalszych okolic można się podzielić. Nieczęsto trafiają się nam, pszenno-buraczanym żurnalistom loklanym, telefony z tak pozytywnym przesłaniem. Przeważnie dzwonią w trybie alarmowym, ze skargami, utyskiwaniami, z prośbami o interwencje. Tym bardziej wypada odnotować myśl słoneczną. Czy my mamy jak „U Pana Boga za piecem”, czy żyjemy jak „U Pana Boga w ogródku”, czy też jak „U Pana Boga za miedzą” – by za jednym zamachem całą filmową trylogię Jacka Bromskiego – wymienić, tego nie wiem. Ale pójdźmy tym filmowym tropem. Gdzie dzieje się serial „Ranczo”? Wszyscy wiedzą, że pod Mińskiem Mazowieckim. Gdzie leżą Grabina, rodzinne gniazdo Mostowiaków, i Gródek z „M jak miłość”? Gdzieś pod Warszawą, ale we wschodniej prowincji, powiedzmy - w okolicach Garwolina. A „Plebania”? To także Polska wschodnia, tyle że ciut bardziej na południe.
Przy okazji wyborów obrywamy, że nie nadążamy za Zachodem - bogatym, wykształconym, europejskim. My to przecież ściana wschodnia, ciemna prowincja, rządzona przez proboszczów, klerykalny zaścianek. Wybory jednak mijają, a w czasie zwykłym Polacy - także ci spod Poznania i Wrocławia - siedzą przed ekranami i, sami o tym nie wiedząc, potajemnie tęsknią za swoją wschodnią prowincją. Krajem może trochę śmiesznym, ale swojskim, sielskim, rodzinnym.
Tyle tygodni upału, a zboża piękne stoją. Trawa wybujała jak dawno. Chcecie, to wpadnijcie. Słowo daję, nie będziemy pytać, na kogo głosowaliście.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości