Reklama

Z ziemi włoskiej

I to wcale nie chodzi o to, że włoska kawa jest lepsza, a pizza smaczniejsza. Kawa może być lepsza albo gorsza. Zupełnie tak samo jak chleb, który może być smaczny albo paskudny. Polskie pieczywo jest pyszne, włoskie – do niczego. Estetyczna wyższość knajpek włoskich nad polskimi polega na tym, że jeśli w ulicznej trattorii poprosimy o kawę, soczek czy szklankę wody mineralnej, to, co zamówiliśmy, dostaniemy w filiżance czy szklance - bez logo. Jeśli siedzimy pod parasolem (pod włoskim słonecznym niebem jest to wskazane), parasol ten – w przeciwieństwie do polskiego – nie będzie upstrzony znakiem firmowym browaru ani wytwórni wody mineralnej. U nas wszystko ma swoją markę. Gdzie w Polsce dają piwko w anonimowym kuflu? Nigdzie. Nawet sącząc piwko, traktowany jesteś, szanowny kliencie, jak target browaru. Powiecie, że to drobiazg? Urok włoskiego życia polega na takich właśnie drobiazgach.

Auta Włochów są nieduże i praktyczne, zero bajerów. Teraz rozumiem, czemu Fiat to włoska firma. Na ulicach niemal nie widuje się szpanerskich terenówek, tych, co to nigdy błota nie oglądają. Samochód ma służyć do tego, by nim jeździć, a nie straszyć i budzić zazdrość sąsiadów.  Zaułki włoskich miasteczek i krajobrazy Toskanii mają w sobie tyle uroku także dlatego, że widoku na psują tam wszechobecne reklamy. Przy drogach stoją drogowskazy, a nie billboardy. Uliczki urzekają różnorodną fakturą ścian, odcieniami fasad, a nie krzykliwą, bezmyślną reklamą. Po dwóch wakacyjnych tygodniach w takim rozkosznie estetycznym świecie, powrót do Polski jest jak wejście do supermarketu. Krzyk przestrzeni, gwałt na przyrodzie i kulturze. Oczy bolą patrzeć. Czy naprawdę myślisz, przedsiębiorco, że wanna z twojego sklepu, reklamowana na billboardzie formatu 3 na 4 metry, piękniejsza jest niż łąka, którą zasłania i niszczy?

Pod względem skomercjalizowania publicznej przestrzeni – jeśli nie wierzycie, porównajcie liczbę reklam w Warszawie z tym, ile ich jest w Paryżu, Amsterdamie czy Berlinie – ani trochę nie zmierzamy w stronę eleganckiej Europy. Przeciwnie, dyszymy komercją niczym zagoniona, zapędzona Azja. Dwadzieścia lat temu, wyposzczeni biedą komunizmu, rzuciliśmy się w kapitalizm, pławiąc się w falach wolnego rynku. Co za rozkosz być konsumentem! Chodzić, wybierać, dogadzać kaprysom. Płacić, żądać i wymagać.

We Włoszech – takie są moje wakacyjne obserwacje - konsumenci mają gorzej. Nie ma sklepów czynnych do późna ani tylu supermarketów (tylko tymi, które są np. w Łukowie, można by pewnie obdzielić połowę toskańskiej prowincji), zakupy lepiej więc zrobić zawczasu. Nawet przydrożne stacje benzynowe trafiają się tam rzadziej. We Włoszech konsumenci mają gorzej, ale ludzie mają lepiej. Bo życie nie jest po to, żeby kupować. Życie po to jest, żeby pożyć… Naprawdę nie ma więc powodu, by piękna Francesca siedziała do nocy przy kasie supermarketu. Niech Francesca idzie do domu i da się zaprosić Antonio na kieliszek lokalnego wina. Niech spotka się z przyjaciółkami, pogada z dziadkiem. Więcej będzie z tego pożytku niż z siedzenia w sklepie. Na zakupy, szanowni klienci, zapraszamy rano. Nie trzeba się zżymać ani denerwować. Jutro też jest dzień.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości