Reklama

Zobaczyć Neapol

W Neapolu zamierzałem odwiedzić Muzeum Archeologiczne. Akurat tego dnia muzeum było jednak zamknięte. Co za oryginalny sposób, by zachęcić do ponownej wizyty? – pomyślałem. W ramach rekompensaty za utraconą wędrówkę po muzealnych salach otrzymałem ofertę bezładnej włóczęgi ulicami Neapolu.
Vedi Napoli, e poi muori. Zobacz Neapol i umrzyj, chełpliwie powtarzają neapolitańczycy. Teraz już wiem. Nie ma na co patrzeć. Można od razu umrzeć. Tak brudnego miasta w życiu nie widziałem. Nawet Kalkuta nie wydała mi się tak obskurna. Bo Kalkuta to przecież Indie, czyli - według potocznych wyobrażeń - nędza, brud i ubóstwo. A Neapol to Italia, czyli kraina, do której jedzie się, by doświadczać nieskończonego piękna. Mylą pozory, oj, mylą… 

„Trzecia część świata nazywa się  Europa. Pełna rozlicznych ludów, językiem, nazwą, a także obyczajami różnych, religią i kultem odmiennych” – napisał tysiąc lat temu germański mnich Waltharius. Przypomniało mi się to zdanie, bo jak ulał pasowało do neapolitańskich okoliczności. Tysiąc lat minęło i można powiedzieć: nic się nie zmieniło. Europa pozostaje zadziwiająco różnorodna. Neapolitańskie obyczaje są zaś takie, że śmieci rzuca się gdzie popadnie.
Europejskie standardy? Jakie standardy? Jakiej Europy? Między przytulną Sieną i słodkimi jak późne winogrona miasteczkami Toskanii a Neapolem różnica większa jest niż między podwórkiem w upadłym kołchozie pod Uralem a ogrodami Wersalu. Żeby tego doświadczyć, wystarczy pod Neapolem zjechać z autostrady. Droga wjazdowa do centrum miasta okazała się płachtą pofalowanej jak Morze Śródziemne brukowej kostki, na przemian opadającej i wznoszącej się, rozpadającą się w mozaikę pełną dziur i wykrotów.

Chciałem zaparkować, ale obok samochodów stojących przy krawężniku – porozbijanych, połatanych plastrami, z powybijanymi szybami - bałem się zostawić swoje auto. Zbyt wyróżniało się – na korzyść! – na tle otoczenia. Poszukałem strzeżonego parkingu, ale tam parkingowy poprosił... żebym zostawił kluczyki. A kiedy zdziwiony oponowałem, cierpliwie tłumaczył, że tak się tutaj robi. Kluczyki zostawia się, bo parking jest monitorowany, a poza tym on jest tu cały czas i pilnuje. I zaproponował, żebym zajrzał do stojących obok samochodów. Wszystkie były otwarte i z kluczykami w stacyjkach. Rozstrzygający okazał się argument, że przecież nie kazał mi tu przyjeżdżać ani parkować. Mogę przecież zostawić samochód na ulicy. Wolałem jednak parking. Co nie zmieniło faktu, że przez pół dnia w Neapolu zastanawiałem się, czy ubezpieczenie wypłaciłoby mi odszkodowanie, gdyby samochód zniknął. Przecież sam – jak ostatni naiwniak - zostawiłem go razem z kluczykami i całym podróżnym bagażem. Uprzedzając bieg wydarzeń wyznam od razu, że nic nie zginęło. Samochód stał co prawda w innym miejscu, bo parkingowy nie mógł odmówić sobie przyjemności jego przeparkowania, ale był cały i nienaruszony. Neapolitańska mafia miała tego dnia co innego na głowie niż rozkręcać na części mój nienowy już przecież samochód.
Widziałem Neapol i… żyję. Uznaję to za sukces. Więcej nie trzeba.  
Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości