Reklama

Życie na śmietniku

- Bo u nas już tak jest. Dopiero jak któryś z nich tu umrze, to będzie się szukać winnego, że jak to możliwe, aby człowiek na śmietniku umarł? - denerwuje się Leszek Borek, szef Administracji nr 2 Siedleckiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Na osiedlu Formińskiego - Chałubińskiego w centrum miasta zadomowili się bezdomni. Za schronienie służy im osłona śmietnikowa, czyli zadaszone pomieszczenie, w którym stoją kontenery na odpady. Trudno określić, w jakim są wieku.
- Wyglądają trochę jak zombi – opisuje ich mieszkanka osiedla. - Chodzą na sztywnych nogach, ciągnąć je, a nie stawiając. Twarz w okolicach nosa przybiera już nie czerwony, ale granatowy kolor.
- No, co... No denaturkę piją, to jak mają wyglądać? - Leszek Borek załamuje ręce.
Współczucie i strach
Mieszkańcy osiedla są podzieleni. Jedni współczują bezdomnym, inni się ich boją. Nie, nie agresji, bo bezdomni są spokojni.
- Mają wszy, pchły, okropnie śmierdzą – nie ukrywają pracownicy administracji. - Ludzie boją się jakichś chorób, robactwa, świerzbu.
Ale są i tacy, co wyjdą z kanapką, dadzą ciepłej herbaty.
- Przecież to są ludzie! Jakiż musiał ich spotkać los, że tutaj się znaleźli? Nie mają lekkiego życia. To nasz chrześcijański obowiązek, aby do takich ludzi wyciągnąć rękę – przekonuje mieszkanka bloku, który stoi bezpośrednio przy miejscu koczowania bezdomnych.
Być może to podejście sprawiło, że bezdomni czują się na osiedlu dobrze.
- Ten problem mamy od pół roku – mówi Leszek Borek.
Nie ma mocnych
Do Administracji zaczęły wpływać skargi na obecność bezdomnych na śmietniku.
- Wiadomo: ktoś w nocy wynosi śmieci i się przestraszy – tłumaczy szef Administracji. - No i ten potworny smród. Ci ludzie się nie myją, nie piorą ubrań. Bliżej niż na dwa metry nie da się do nich podejść. No i, niestety, w jednej części śmietnika śpią, w drugiej robią kupę.
O pomoc poproszono: Urząd Miasta, Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie, Straż Miejską.
- Owszem, strażnicy zawieźli panów do noclegowni, ale wrócili oni stamtąd szybciej, niż patrol Straży Miejskiej – rozkłada ręce Leszek Borek.
Noclegownia ma bowiem swój regulamin, który zabrania przebywać na ich terenie osobom nierzeźwym. Słowem: w noclegowni nie można pić. I to okazało się problemem. Panowie grzecznie podziękowali i wrócili na swoje śmieci.
Tylko śmietnik
Okazało się, że nie jest łatwo pozbyć się niechcianych lokatorów. Oni po prostu wybrali takie życie. Do pobytu w noclegowni nie można ich zmusić, podobnie jak do ewentualnego leczenia z nałogu, odtrucia. Nie mają nic i nikogo. Tylko śmietnik.
- Nie potrafię się z tym pogodzić i nie umiem tego zrozumieć. Przecież bezpańskie psy mają lepiej, bo odwozi się je do schroniska, by nie marzły, miały co jeść. A co z ludźmi? - ubolewa Leszek Borek.
Podjęto ostatnią próbę wyproszenia bezdomnych ze śmietnika. Wszystkie pojemniki wystawiono na zewnątrz, pomieszczenie zdezynfekowano, a wejście... zaspawano. Czy pomogło? Nie do końca.
- Przytargali jakieś legowiska, stare wersalki, ustawili pod wierzbą płaczącą... - mówi Leszek Borek. - Nie wiem, jak sobie z tym poradzić.
„Legowiska” uprzątnięto. Ale co będzie dalej?
- Jeden z tych panów to siedlczanin, jest naszym podopiecznym – mówi Maria Gadomska, szefowa MOPR w Siedlcach. - Ostatnio zapewniał nas, że mieszka u swego kolegi, nie pije. Drugi pan jest z Żeliszewa, a przynajmniej tak utrzymuje. Nie ma dokumentów. Nie chciał skorzystać z noclegowni.
Czy MOPR może coś w tej sprawie zrobić?
- Umieszczenie kogoś na przymusowym leczeniu wbrew jego woli jest bardzo trudne.
Bezdomni najwyraźniej wybrali taki sposób na życie.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama