Reklama

Amplituda

28/07/2009 09:05

Niech będzie błogosławiona pogoda, stanowi bowiem idealny temat rozmów dla ludzi, którzy nie mają sobie nic do powiedzenia - nie pamiętam, skąd wziąłem ten aforyzm. Choć może i nie warto pamiętać, bo przywiędły on i nieaktualny. Pogoda nie jest już wątkiem przewodnim niezobowiązujących rozmówek towarzyskich.

Banalnie i grzecznościowo możemy sobie pogadać o ekonomii albo o polityce. Pogoda stała się sprawą życia i śmierci. To już nie meteorologia, a czysta metafizyka. Gnijemy na dole i z trwogą spoglądamy w zachmurzone niebo. Czy nie tak wygląda nasza egzystencja tego lata, lata, które - można być pewnym - przejdzie do historii meteorologii?
Rzeki nam cuchną, ryby zdychają (najwięksi wędkarze w najbardziej optymistycznych szacunkach nie przypuszczali, że pływało ich w Muchawce i Liwcu aż tyle!). Powodzie, nawałnice, gradobicia… Szamani od pogody to są teraz najwięksi, najbardziej poważani specjaliści. Premiera, prezydenta, nie mówiąc o byle jakim ministrze, bez krępacji pilotem od telewizora lekko się przeskoczy. Przy prognozie pogody - nie ma siły - każdy się zatrzyma. Bo też prezentuje nam aura cały swój wyszukany i urozmaicony repertuar. Pełną amplitudę temperatur, szeroki wybór hektopaskali oraz pękaty worek pełen dziko wyjących wiatrów. Jeszcze trochę i na pamięć nauczymy się wszystkiego o cumulusach, cumulonimbusach.
O tych chmurach ciężkich jak kowadło. Prądach wstępujących i zstępujących, tak silnych, że bryły lodu wielkości tenisowych piłek wędrują do góry jak pingpongowe piłeczki w turbinie maszyny losującej.
Prognoza pogody to, odkąd pamiętam, nawet za komuny był niezwykle istotny punkt programu, nie bez powodu nadawany dopiero po wiadomościach. Poczciwy pan Wicherek i urocza pani Chmurka przystępnie, jak należy, wszystko narodowi wykładali. I zawsze były prognozy, można by tak rzec - letnie. Ot, akurat tyle, żeby wiedzieć to, co najważniejsze: jutro będzie ciepło, parasol niekonieczny i rankiem można wyjść z domu „na letniaka”. Nawet te zimowe prognozy były letnie. W sensie, że umiarkowane. Zima stulecia raz się zdarzyła. Raz! Bo dobry Pan Bóg chciał koniec komuny przyspieszyć. A poza tym wszystko szło normalnie, jak w koreańskim filmie – wiosna, lato, jesień, zima i wiosna… Upały były stosowne i trafione – w lipiec, sierpień. Mrozy trzaskające, zimowe. Wichury klasyczne, jesienne. Jesienne wietrzysko ma święte prawo (i sprawiedliwość) strącić zżółkłe liście i pogonić je po ulicach. Ale w lipcu szarpać całym zapasem zieleni? Karygodne. Mówcie, co chcecie, za komuny tego nie było. Za komuny to były prognozy. Prognozy! A nie apokalipsy!
No proszę, zaczynałem pisać w upale, pod łagodnymi cumulusami. Teraz, gdy kończę, zimny deszcz siecze z sinych chmur. Między nimi łagodne oko błękitu.
Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości