Często mówię o sobie, że moje życie utkane jest z muzyki. Nie ma w tym żadnej przesady. Od najmłodszych lat moim wielkim przyjacielem było radio. Tak przylgnąłem do niego, że do dziś przedkładam je nad inne media. I w radiu pierwszy raz usłyszałem głos Anny German. Zapamiętałem jego krystaliczne brzmienie oraz tekst piosenki, który coś tam poruszył w mojej dziecięcej wrażliwości. Myślę oczywiście o „Tańczących Eurydykach”, które na festiwalu sopockim przyniosły wykonawczyni dwie nagrody. W moim osobistym rankingu Annę German sytuuję obok „Skaldów”, bo ich piosenki wniosły do ówczesnej polskiej muzyki rozrywkowej treści bardzo dojrzałe, wysmakowane. Bardzo inne od typowego dla lat 60. śpiewania o niczym, byle melodyjnie. I głośno.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!