Zaprawdę powiadam wam, cienka jest granica między istnieniem a nieistnieniem. Parę ruchów końską paszczą oddziela byt od niebytu. Gdyby nie żarłoczność rumaka, nie wiedzielibyśmy, że latem 1726 r. w Siedlcach gościli słynni architekci. Szczęśliwie buchalteria słynących z gospodarności Czartoryskich pracowała bez zarzutu.
W księdze wydatków nadprogramowych paszy dla koni zachowały się najstarsze wzmianki dotyczące furażu „koni architekta Fontanego”, „dwóch koni architektów” oraz „dwóch koni młodego architekta”. Notatek w archiwach pracowicie doszukał się historyk sztuki Piotr Ługowski i wdzięcznym siedlczanom swoje odkrycie przedstawił. „Artyści XVIII-wiecznych Siedlec” w Muzeum Regionalnym - systematyczny i bogato ilustrowany był to wykład. Żal, że nie można go w całości przedstawić. Z konieczności wybieram koński epizod, który najbardziej przemówił mi do wyobraźni. Gdyby nie ta końska pasza, ślad by nie pozostał. Nie wiedzielibyśmy nic. A i tak wiemy niedużo. Wiemy, że do Siedlec przybyli włoscy architekci Józef Fontana i jego syn Jakub. Przyjechali zapewne z Warszawy, bo tam mieszkali. Wierzchem? Powozem? Nie wiemy, co w mieście robili, bo żadna budowla po nich nie została. Wiemy, że były dwa konie. I coś żarły. Może trawę, siano… A może końskie przysmaki wyższego rzędu? Trzy stulecia mijają - nie zgadniesz. Jeśli wierzyć XVIII-wiecznym portrecistom, architekt Jakub Fontana, ten młodszy, w 1726 r. nastolatek jeszcze, późniejszy twórca m.in. fasady kościoła Świętego Krzyża w Warszawie oraz wielu innych budowli, to był później, gdy dorósł, kawał chłopa. Zgodnie zresztą z ówczesną modą. Mężczyzna za Sasów musiał być na cały portret, żeby na tło za wiele farb nie marnować. Takie to były czasy. Przy tłustym i gnuśnym królu, i lud gnuśniał i puchł. Co tym razem akurat na dobre wyszło. Wizyta chudziny, żeby nie wiem jak w sztuce architektury kształconej, mogłaby ujść niepostrzeżenie. Mizerota mogłaby na lada chabecie przyjechać do Siedlec. Lada szkapa mogłaby zjeść tyle siana, co kot napłakał, że i pisać w kajetach rozchodów nie byoby o czym. A jeśli nie byłoby o czym, to cała siedlecka wizyta Fontanów mogłaby zostać w księgowości niedostrzeżona. A gdyby księgowy jej nie zapisał, to tak jakby tej wizyty wcale nie było. Arch itekt był, rozejrzał się, z jaśnie państwem porozmawiał, wstępnie założenia przestawił, ale umowy nie podpisał. Krótko zabawiał, koń ledwie parę razy pyskiem ruszył, czyli – nie było architekta. Jeśli jesteś słynnym architektem, niech pozostaną po tobie budowle. Jeśli akurat nie budowałeś, daj choć swojemu koniowi nażreć się do syta. Skrzętny księgowy zapisze to sumiennie w kajeciku. Nazwisko artysty może przekręcić. Z siana rozliczy się co do garści. Dariusz KuziakChcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!