Zapewne słyszeliście Państwo osoby, psioczące na święta. Narzekające na brak czasu, brak sensu w ich obchodzeniu, bo człowiek się nabiega, naharuje i tyle z tego ma, że nawet odpocząć dobrze nie odpocznie, a zaraz trzeba znowu iść do pracy i stawiać czoła codzienności. Że tylko wyda się kupę kasy na prezenty, które mało kogo cieszą i jeśli komuś te święta są potrzebne, to dzieciom, a i to malutkim. Smutne, ale prawdziwe.
Wielkim, jeśli nie największym sukcesem chrześcijaństwa było to, że udało mu się inkulturować święta pogańskie, czyli nadać im nowy wymiar duchowy (religijny). Przez wieki kształtowały się narodowe zwyczaje i sposoby obchodzenia tych świąt. Wszakże w każdej z tych odmian dbano o zachowanie ich religijnego przesłania: dokonanie duchowego oczyszczenia, by godnie przyjąć Nowonarodzonego, z czystym sumieniem i w radosnym usposobieniu. By to osiągnąć, jednano się z Bogiem i ludźmi. Był to czas wyciszenia, wniknięcia w siebie, radosnego pokajania się, ale też puszczania w niepamięć urazów wobec bliźnich.
Dziś, zmanipulowani przez speców od marketingu, pogłupieliśmy i skupiamy się na tandetnej zewnętrzności Świąt: na błyskotkach, rzeczach, trosce o trzeciorzędne duperele. Wielkim, a na pewno jednym z większych dramatów współczesnego chrześcijaństwa jest „spoganienie” wielu z jego duchowych treści. Także świąt Bożego Narodzenia, które w podstępny, acz nieubłagany sposób zamieniają się w jakieś groteskowe „Christmas party”, wyzute z wątków transcedentalnych. Przestają być sposobnością do oczyszczenia serc ze złogów zadawnionych gniewów (czasem aż nienawiści), co jest niezbędne choćby dlatego, by móc pójść ze spokojnym sercem i jasnym okiem na Pasterkę. Jaki bowiem ma sens witanie Boga – Człowieka słowami modlitwy, zapewniającej o odpuszczeniu win naszym winowajcom, gdy tego nie czynimy?
Ale też to nie wszystko. Jest coś jeszcze trudniejszego, niż wybaczenie innym, niż pogodzenie się z: bratem, matką, sąsiadem? To uładzenie się z samym sobą. A to nie jest proste, bo wymaga krytycznego spojrzenia na siebie. Wyszukania i nazwania tkwiących w nas (czasem pielęgnowanych!) wad, nałogów, złych skłonności i nawyków. Nie jest łatwo powiedzieć o sobie: jestem złośliwcem, sekutnicą, leniem, pijakiem… Ale też bez tego wierzący nie są ludźmi wedle słowa Bożego - owszem upadającymi, błądzącymi, ale mającymi tego świadomość. I po to jest święto Bożego Narodzenia! By podawać sobie ręce, uśmiechać się do siebie i sobie przebaczać… Uczyńmy to zatem…
Dobrych Świąt wszystkim! Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!