Ile razy z troską i czułością myślałem o nich w ciągu tego roku, od ostatnich wakacji? Jesienią, gdy wiatr nad bindugą zerwał liście z brzóz, a jezioro kolebało się od fal. I zimą, kiedy spadł śnieg. Wtedy najbardziej: Czy ich srogi styczniowy mróz nie rozsadzi? Czy wytrzymają? Czy nie pękną przed czasem? Czy nie przeciekną? A kiedy zaczęło tajać: Czy ich wiosenne roztopy nie zaleją? Czy korki aby nie zbutwieją? Czy nienaruszone przetrwają? Czy każda buteleczka pozostanie cudownie intacta? Rok temu namioty zwijaliśmy pośpiesznie, uciekając przed deszczem.
Z rozliczenia obozowego prowiantu pozostała urocza superata - dwie zgrabne buteleczki żubrówki. Wypić, gdy za chwilę siądzie się za kierownicą, głupota i przestępstwo. A zabrać do domu nijako tak jakoś...
Tomek wcale nie zakopał ich głęboko – jeden, najwyżej półtora sztychu saperki. Stąd tyle było przez ten rok myślenia o tym płynnym depozycie, czekania na dzień, gdy znowu zbierzemy się razem, a Tomek „To Się Jeszcze Może Przydać” znowu fachowo użyje swojej saperki. Flaszeczki wypite, dziwna rzecz, nieuchronnie wylatują z pamięci. Buteleczki oczekujące, odłożone w czasie, niepokojąco krążą nad głową.
Namioty rozbiliśmy tam, gdzie zawsze – na skraju bindugi. I stało się, jak być miało - Tomek wykopał spod sosny dwie butelki żubrówki, składowane od zeszłego sezonu. Gdy przyszła pora, Mariusz, pogwizdując, rozlał do kubeczków. Przy ognisku zasiadła komisja koneserów w składzie reprezentacyjnym, mieszanym krakowsko-warszawsko-siedleckim, lekko wzmocnioną niewielką domieszką londyńską.
Jak orzeczono komisyjnie, żubrówka po rocznym leżakowaniu pod darnią traci moc. Generalnie więc, sezonowania flaszek pod darnią nie rekomenduje się. Szkoda trawek-żubrówek, co je Mariusz wydębia od śluzowego. Lepiej być przewidującym, spożywać regularnie, planowo i zawczasu. No chyba, żeby znowu oberwanie chmury.
Ale chmurne ceregiele to nie w tym sezonie. W tym roku przerwa. Z pogodą trafiliśmy idealnie. I w ogóle wszechświat był w szczytowej formie. Pogoda jak drut, woda ciepła, porcje sandacza duże, sklep u sołtysa otwarty długo. Dym wieczornych ognisk unosił się w górę. Rosa siadała na trawie. Komary gryzły wściekle. Co rano upalne słońce i rozbudzony Mateusz wyganiały nas z namiotów na świat pięknie zielony i błękitny. Tylko dostawy jagodzianek na śniadanie i kartaczy na obiad przez pierwsze dni szwankowały. Więc tęskniliśmy. Ale gdy w końcu zajechały, to z fasonem – traktorem.
I tak dzień za dniem: giętkie rybki na płyciźnie, szmer wioseł w szmaragdowej wodzie. Zaskrońce, te w trawie, i te pływające żmijowym sposobem w wodzie jeziora. Cień sosen, motyle i żuki. W nocy sosnowe patyki płonące w ognisku, kiełbaski nad ogniem, srebrny pył księżyca na polanie. Księżyc w pełni, a tuż obok błyszczący Jowisz. Tegoroczny wakacyjny wypad pod namiot rozliczyliśmy na zero.
Dariusz Kuziak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!