Działo się to w czasach zamierzchłych, gdy młódź płci obojga, która dostała się na uczelnie, miała obowiązek przepracowania miesiąca w Studenckich Hufcach Pracy. Moją grupę skierowano do pomocy w remoncie akademików uniwersyteckich. Uciech sto, albo i więcej było przy tej pracy, ale nie w tym rzecz. Za nasze wysiłki otrzymaliśmy wynagrodzenie (równowartość ok. 400 zł). Następnego dnia właściwie całą wypłatę zostawiłem w sklepie muzycznym, w którym kupiłem obszerny zbiór nut z utworami Beatlesów. Zapis piosenki „When I’m sixty-four” opatrzony był rysunkiem, wyobrażającym „chłopców z Liverpoolu”, kiedy osiągną wiek tytułowych 64 lat. Zabawna była to karykatura, ale jakaś nazbyt futurystyczna. Mieć 64 lata!? I to kto? Paul, George, John i Ringo? A może jeszcze i ja będę taki stary?! – myślałem wówczas. Na pewno!!! Absurd!!! Ech, młodości - naiwności moja…
A tu, nim się obejrzałem, baaardzo skrócił się mój dystans do sixty-four, a Paul ledwie co uczcił swe siedemdziesiąte urodziny. Kolegowałem się z nim całe moje życie muzyczne. Pierwszy raz usłyszałem Paula jesienią 1965 r., gdy mój przyjaciel zaprosił mnie na wspólne słuchanie „Radia Luxemburg”. I wtedy usłyszałem to zanikający, to pojawiający się z powodu zakłóceń utwór „She loves you”, z niesamowicie energetyczną i odkrywczą (dla mnie) frazą „ye, ye, ye!” I już się z Paulem nie rozstałem. Przylgnąłem do jego muzyki, do jego głosu, wrażliwości. I tak mi zostało na życie. By dowiedzieć się, o czym śpiewa (choć w tamtej epoce nie było to łatwe), zacząłem uczyć się angielskiego. I to jego najbardziej ukochałem z czwórki Beatlesów. Jakiż byłem szczęśliwy, gdy mogłem w domu do woli słuchać jego czterech piosenek. Czterech, bo tyle zamieściło przedziwne radzieckie wydawnictwo „Krugozor” – w tym „When I’m sixty-four”. W jednej chwili, gdy połapałem się, jaki skarb zesłał mi los, stałem się podwórkowym bohaterem, bo nikt nie miał na własność tych nagrań. Tych, ani żadnych innych…
Dziś, gdy słucham piosenek Paula, nagranych na sprzęcie hi-fi, wydaje mi się, że czas się jednak zatrzymał; moje wrażenia i emocje są tak samo świeże dziś, jak były wtedy, gdy słuchałem ich z radia, czy płyt pocztówkowych z gramofonu „Bambino 2”. Jednak, gdy zdejmę słuchawki i wracam do rzeczywistości, jakoś nie czuję obrzydzenia do czasów, których podobno mam się brzydzić. Przeciwnie – dziwnie tęskno mi do nich. A najbardziej do moich nieżyjących przyjaciół: Piotra i Andrzeja, których tak mi brakuje, jak zapewne Paulowi brakuje Johna i Georga… I to też nas łączy z Jubilatem… Cóż, było, ale nie minęło. Dzięki, Paul! Happy Birthday to You… Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!