Reklama

Dzikie pola

17/09/2008 09:02

W żadne wschodnie, stepowe awantury nie powinniśmy się, oczywiście, wdawać. Ani teraz, ani przed wiekami. Piastowski trzeźwy umysł trzeba było trzymać w ryzach - nad Wisłą. W każdym razie sięgać nie dalej niż do Bugu. Po nic były nam galopady po dzikich polach, znojne wyprawy pod Smoleńsk, Połock, nierozumne dymitriady pod Moskwę.

Co nam po nich zostało? Złoty kurz, kawaleryjska fantazja, zamiłowanie do ukraińskich piosenek („Hej, tam gdzieś znad czarnej wody siada na koń kozak młody…”, romantyczne historie wierszem i prozą: „Maria” Malczewskiego, „Beniowski” Słowackiego, „Stepy akermańskie” Mickiewicza oraz śmiertelne zakażenie sienkiewiczowską „Trylogią”. Literatura, z której kłopotliwie tłumaczyć się sąsiadom. Ktoś tego chciał? Przewidział? Nikt nie chciał, nie przewidział. Chytrzy Litwini posłużyli się Polską. Zasiedziałych nad Wisłą i Wartą hreczkosiejów wciągnęli w swoje preriowe przygody, stepowe burdy, hajdamackie awantury. Kazali nam gonić za mocarstwowymi efemerydami, słuchać wajdelotów, wierzyć dziadom z brodą, lirnikom i wernyhorom. Gdzie Rzym? Gdzie Krym? - pytali rozsądni. Mieli rację, jasna sprawa. Kto nie upadł na głowę, nie miał powodu, by dawać się uwodzić wschodnim mirażom, zapędzać za Dniepr i w Morzu Czarnym moczyć husarskie skrzydła. Wyboru jednak nie było. Taki to już los kraju, który siły swoje miał nad Wisłą, a kierownictwo i dyplomację przywiezioną ze wschodu. Należało twardo dopominać się o Śląsk, Pomorze. Nie marnować szans i nie trwonić sił. Możliwe. Trzeba było. Ale historia, jak życie, jednym tylko toczy się torem, alternatywne wersje dziejów nie istnieją. Co się stało - choćby najmądrzejsi radzili - już się nie odstanie. W polską historię na zawsze zaplątały się dalekie kraje i fantazyjne krainy: Podole, Kurlandia, Inflanty, Estonia, Żmudź, Wołyń, Białoruś, Ruś Czarna, Dzikie Pola, Ukraina. Choćbyśmy bardzo tego nie chcieli, w przeszłości były naszymi sprawami domowymi - najpierw państwa Jagiellonów, później Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Dzisiaj są szczęśliwie albo niepodległymi państwami, albo tych niepodległych państw częściami. Kto wie, czy nie przyczyniły się do tego właśnie jagiellońskie fantazje. Gdyby nie tamte desperackie, kresowe stulecia, na wschodzie graniczylibyśmy zapewne z Rosją. Nie byłoby niepodległej: Ukrainy, Litwy, Łotwy, Estonii, dopominającej się o wolność Białorusi. W starożytności uważano, że Europa kończy się na Donie. Mniej więcej tam sięgały kresy Litewskiego Księstwa. W historii sztuki obręb europejskiej cywilizacji wyznaczają gotyckie i renesansowe kościoły. W Rosji takich nie budowano. Granica jest wyraźna i nie wytyczyła się sama. Prezydent Lech Kaczyński zrozumienie dla swojej gruzińskiej eskapady znalazł w Tallinie, Rydze, Wilnie, Kijowie. Wymowny historycznie oraz znaczący cywilizacyjnie był ten polityczny prezydencki zestaw szybkiego reagowania w: Tbilisi. Mińsk, co prawda, dyplomatycznie sprawę zmilczał, ale - co warto zauważyć - po stronie Moskwy nie stanął. Co daje nadzieję, że wschodnie granice Ukrainy i Białorusi staną się kiedyś wschodnimi kresami Unii Europejskiej. Galopowanie po stepach nie rozwiało się bez śladu w kresowym powietrzu. Żaden dziejowy wysiłek, nawet najbardziej straceńczy, nie przepada bez reszty. Zostały tradycja demokracji, wolność słowa, republikański duch, społeczeństwo obywateli... Takie tam nieprzemijające europejskie drobiazgi. Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości