No i stało się nieszczęście. A jeśli nawet nie stało się, to na dniach się wydarzy - Buzek szefem Parlamentu Europejskiego zostanie. Albo już został. Nie dość, że deszcz leje, ryby zdychają, plony zagrożone, to teraz i to jeszcze. Nie ma zmiłowania nad biedną Rzeczpospolitą.
Oficjalnie wszyscy niezmiernie są zadowoleni. Opozycja nominację popiera, prezydent Kaczyński szczerze gratuluje. Zęby zaciskają, żeby prawdy nie powiedzieć - że to nie żaden sukces, a wielkie nieszczęście, i powodów, by się cieszyć nie ma żadnych. Gdyby to był Gosiewski albo Oleksy choćby… Ale Buzek? Katastrofa. Bo co z tego, że jeden Polak przewodniczącym w Europie przez marne dwa i pół roku będzie? Co z tego, skoro całą resztę naszych narodowych szans i aspiracji szlag trafi? Gdyby nie Buzek, nie tylko poważne stanowisko unijnego komisarza - cała reszta świata byłaby w zasięgu ręki. Stanowisko szefa NATO? Może dla Sikorskiego? Proszę bardzo. Przewodnictwo Rady Europy dla Cimoszewicza? No problem. Miejsce przy stole G8? Już się robi. ONZ dla Kwaśniewskiego? Voila! Podobno Niemcy - gdyby Tusk Buzka odpuścił - gotowi byli wycofać ze stanowiska samego papieża. Watykan był do wzięcia! Ale nic z tego, bo premier Tusk się uparł. Obiecał premier, że Buzek zostanie przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, i ze wszystkich swoich obietnic – jak pech, to pech – tej jednej akurat musiał dotrzymać. Uparł się i wygrał. Z samym Berlusconim wygrał, bezczel jeden! Naprawdę nie wiem, jak my teraz z tym sukcesem żyć będziemy. Jak sobie radę damy. Gdyby koledzy Europejczycy i koleżanki Europejki wykiwali nas, ograli, gdyby zrobili w trąbę, wystawili nas do wiatru, wpuścili w kanał, wtedy – wtedy tak, sięgnęlibyśmy do historycznych zasobów i znaleźlibyśmy pełną godności odpowiedź na niemieckie knowania i francuskie zdrady. Mamy w tym wprawę. Ale sukces, zwłaszcza sukces prestiżowy? Nie mamy narodowej miny na taką głupią sytuację. Wstyd przyznać, nie zdarzało się. W głębi duszy zawsze będziemy podejrzewać, że zachowaliśmy się jak naiwni tubylcy, tanio kupieni za szklane paciorki. A gdy my się cieszymy błyskotkami, konkwistadorzy nasze złoto statkami wywożą. W gruncie rzeczy, żaden to w końcu powód do radości. Kibice Realu Madryt – że sięgnę po niedawny przykład z dziedziny piłki nożnej - nie mają obowiązku radować się z faktu, że Barcelona wygrywa Ligę Mistrzów. Hiszpanów prawdziwych, madryckich (nie tylko prawdziwi Polacy istnieją, prawdziwi Hiszpanie również) nie musi to cieszyć. Bo FC Barcelona to klub i duma Katalonii, należy więc do innego, obcego plemienia. Prawdziwi Hiszpanie mają święte prawo w decydującej rozgrywce trzymać kciuki za Manchester United. Nie są to wśród kibiców żadne nadzwyczajne zjawiska. Jak pech, to pech. Dariusz KuziakChcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!