Kończąc wizytę w naszym kraju premier Chin Wen Jiabao w pożegnalnej landrynkowej laurce stwierdził, że choć czasy się zmieniły, prawdziwa przyjaźń pozostaje niezmienna. A ja pamiętam słowa Winstona Churchilla, który powiedział, że państwa nie mają przyjaciół, tylko interesy polityczne. I ta formuła jest zdecydowanie bliższa prawdzie, bo powikłana historia naszego kraju odnotowała wielką liczbę deklaracji władców państw ościennych i odleglejszych o nowych czasach oraz wiecznych, serdecznych przyjaźniach. Premier Chin zaśpiewał w tym chórku blagierów. Nigdy nie byliśmy i jeszcze długo nie będziemy „strategicznym partnerem Chin” – jak zachwycali się niektórzy publicyści i politycy. Chinom, które w ciągu najbliższego ćwierćwiecza mają zostać pierwszą gospodarką świata, jesteśmy potrzebni jako jakaś część ich planu ekspansji ekonomicznej w Europie.
Zasmuciło mnie milczenie naszych polityków, którzy rozmawiając z delegacją chińską ani zająknęli się w sprawie, która jest tak ważna dla nich, gdy mówią np. o Białorusi: o prawach człowieka. Pani poseł Małgorzata Kidawa-Błońska powiedziała, że trzeba mówić, co się myśli, ale działać jednak racjonalnie. Nie cierpię hipokryzji! A pobrzmiewa ona zarówno w słowach chińskiego premiera, jak i polskiej posłanki. Jak to jest, że panowie Tusk i Sikorski (ale nie tylko!) twardo bronią praw człowieka na Białorusi, postulują najróżniejsze sankcje, wspierają środowiska dysydenckie, choć skala nieprawości Łukaszenki ma się nijak do skali prześladowań opozycji chińskiej, przede wszystkim eksterminacji Tybetańczyków. Tybet, państwo niepodległe przez setki lat, w roku 1950 najechała armia chińska pod hasłem… wyzwolenia go spod władzy mniszej autokracji. Bo Tybetańczycy są narodem głęboko wierzącym – nawet bardziej, niż Polacy. Tak bardzo – jak Polacy - ukochali swoją wolność, że wzniecili powstanie antychińskie, które władze Chin dosłownie utopiły we krwi…
Czy to mało powodów, by – skoro tak mocno obchodzi polskich polityków obrona praw człowieka na Białorusi – stanąć w ich obronie w Chinach? Mało, by zganić różnorakie ograniczenia wolności obywatelskich jego obywateli oraz potępić przemoc wobec Tybetańczyków, których kraj podbito brutalną siłą? Niechby tak Łukaszenka zajął metr kwadratowy czyjejkolwiek ziemi, NATO najechałoby Białoruś, jak Irak! Jemu, od którego nic nie zależy, „wskakuje się na plecy”, poucza się go i potępia. Moralnie i finansowo wspiera się przeciwników jego reżymu ingerując w sprawy wewnętrzne obcego państwa. Tymczasem, Wen Jiabao uhonorowano tylko dlatego, że jego reżym ma pieniądze. Brzydzi mnie takie zachowanie, jak brzydzi każde zakłamanie. Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!