Oto Przemysław S. (syn „ludowego” ministra), były już student wydziału weterynarii SGGW, mając niedobór wiedzy oblał egzamin z chorób zakaźnych. Nie „pchnął” go w sesji poprawkowej, bo się na nią nie zgłosił. Ponoć dlatego, że wykładowca tego przedmiotu zarządzał „kartkówki” sprawdzające wiedzę studentów z treści wykładów. Studentowi S. groziło powtarzanie roku. I oto stał się cud! Dziekan wydziału (łamiąc prawo) zarządził extraegzamin komisyjny, ale bez profesora – wykładowcy. S. egzamin zdał. Pominięty profesor ogłosił, że od tej chwili tak długo nie będzie egzaminował studentów, jak długo w jego obecności nie odbędzie się powtórka egzaminu studenta S.
Tyle że S. błyskawicznie wydano dyplom lekarza weterynarii (niech św. Franciszek chroni zwierzęta przed nim!), gdy jego koledzy z roku ciągle czekają. On pracuje i - jak mówi - zarabia 12 tysięcy miesięcznie – jego koledzy ani jedno, ani drugie. On mówi, że nie ma wyrzutów sumienia – co mówią oni, lepiej nie cytować...
Przypadek S. nauczył studentów (ale nie tylko), że w Polsce nadal od tego, co kto umie, jaką ma wiedzę i predyspozycje, ważniejsze jest, kogo się zna albo – jak w tym wypadku – jakie ma się nazwisko (wszak nie dla talentów S. dziekan zakombinował z egzaminem!). Że w Polsce nadal lepiej jest mieć dobrze „ustawionych” krewnych czy kolegów, niż rzetelnie się uczyć i mozolnie piąć się po szczeblach kariery zawodowej.
Jakieś dwadzieścia parę lat temu marzyłem, że w wolnej Polsce, jaka wówczas nastała, nie od razu, ale jednak, zostanie wyplenione tak doskwierające za PRL sobiepaństwo, kombinatorstwo i kumoterstwo. Marzyłem, że ludzie podli, łamiący prawo oraz różne politycznie ustawione miernoty moralne będą bezwzględnie eliminowane z życia publicznego. Choćby w imię szacunku dla tych, którzy nadstawiali karku za to, żeby „nastała wolna Polska”, w której ci „pieczeniarze” piastują urzędy państwowe i samorządowe.
Długo wierzyłem, że marzenie się spełni. Tymczasem śmierdzący „sugestią z samej góry” (kto zgadnie z jakiej?) przypadek S. zgasił moją nadzieję, że Polska, jaką sobie wyobrażałem, będzie możliwa, że jednak będzie bardziej moralna, szlachetniejsza, promująca ludzi najlepszych: rzetelnych i kompetentnych, a nie wedle klucza politycznego czy światopoglądowego. Marzyłem, że mój kraj będzie wreszcie wolny od dławiących go powiązań partyjnych, towarzyskich, rodzinnych, a przy tym od szalbierzy pełniących funkcje zaufania publicznego bez względu na to, czy byliby sędziami, lekarzami, duchownymi, czy ministrami. Co prawda mogę o tym marzyć dalej, ale – także za sprawą S. – już coraz mniej chce mi się mieć takie marzenia… Jestem idealistą – nie utopistą… Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!