Reklama

Już nie chcę piękniej

09/09/2008 11:57

W karczmie w Jaworkach byłem dwa, może trzy razy. Diabeł podkusił, by poleźć tam po raz czwarty. Zatęskniłem za karczemnym mrokiem, wobec którego nawet światło beskidzkich świec było bezsilne, wsiąkało w czarne bele ścian, przepadało pod masywnymi ławami. Zatęskniłem, zapragnąłem powtórki i w pełni sezonu – o święta naiwności – skierowałem do Jaworek swoje kroki.

W rogu trójkątnego rynku jaśniał odpicowany punkt zbiorowej konsumpcji, świeżo pociągnięty bezbarwnym lakierem. Prędkonogie kelnerki w służbowych fartuszkach uwijały się między stolikami, roznosząc: pizzę, frytki i szaszłyki. Wolnego krzesła oczywiście nie było. Było za to opasłe menu. Miła odmiana w karczmie, którą zapamiętałem nie tylko z permanentnych awarii prądu - stąd mroki, świece i naftowa lampa nad barem - lecz także z surowości oferowanych tam ambrozji: bigos, kiełbasa na gorąco plus zsiadłe mleko z kartoflami. I to wszystko w temacie frykasów. Do Jaworek przyszło nowe. I wcale mnie to nie zachwyciło. Przeciwnie, mimo bogactwa żywieniowej oferty, w trzewiach odczułem dotkliwą pustkę. Szczerze mówiąc, coraz częściej się na tym przyłapuję. Nie cieszy mnie sposób, w jaki – mówiąc kwieciście – ludzie czynią sobie ziemię poddaną. Coś we mnie siedzi w środku i, broniąc wspomnień, powtarza: Już mi nie trzeba piękniej. Mnie wystarcza tak, jak jest. Sztuczne jezioro między Niedzicą i Czorsztynem to - patrząc obiektywnie, okiem cyfrowego aparatu - widoczek wzruszający i uroczy. Kto nie widział, polecam. Osobiście się jednak nie wzruszam, nie rozkoszuję. Mam traumę. Zbłądziłem tam nieopatrznie kilkanaście lat temu, akurat w czasie budowy zbiornika. Apostołowie technicznej cywilizacji z rzeźniczą precyzją zdarli skórę z Matki Ziemi. Rozjechana ciężkim sprzętem dolina wyglądała jak niezagojona rana. Smutny, barbarzyńsko poharatany krajobraz. Nie do zapomnienia, nie do wybaczenia. Ktoś młodszy stoi obok i patrzy na malownicze jezioro. Ja widzę zatopione stare Maniowy. Z Soliną nie mam takiego problemu. Jezioro wśród malowanych jesienią bieszczadzkich wzgórz ujrzałem już gotowe, zabliźnione. Kołysząc się na jachcie, bez drżenia w sercu słuchałem wspomnień o zatopionych wsiach. W miejscu, gdzie stał kościół, zrywają się wściekłe szkwały. Kiedy tamtędy płyniemy, mocniej trzymam ster - ale to wszystko. Żadnej traumy. Góry są wieczne i nie powinny się zmieniać, przynajmniej nie za mojego życia. Aby zrobić trasy narciarskie na Skrzycznem, ten cudowny szczyt trzeba było oczywiście ogołocić z lasów. Ale stało się to dawno, dużo wcześniej, zanim pierwszy raz przyjechałem do Szczyrku i z nartami na ramieniu zadarłem głowę, by spojrzeć na szeroką nartostradę. Nie moja pamięć, nie moja wina. Świat już taki był. Z oskalpowaniem Jaworzyny Krynickiej, powstałym na skutek zaspokojenia tej samej ceperskiej zachcianki: wybudowania kolejki i wytyczenia tras narciarskich, nie pogodzę się nigdy. Jaworzyna to przecież nasza licealno-studencka góra czarodziejska. Wyśpiewana na czterech gitarowych chwytach: „Jaworzyna górom się kłania, spod obłoków szczyty odsłania...” Nieswojo czuję się, mknąc gondolową kolejką tam, gdzie kiedyś tachałem pod górę plecak pełen konserw. Teraz nie trzeba konserw. Na szczycie smażą hamburgery. Ja już nie chcę piękniej. Mnie wystarcza tak, jak jest. Wezmę te kartofle ze zsiadłym mlekiem. Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości