Reklama

Kijów i Euro 2012

23/07/2008 08:52

Na lotnisku w Warszawie wylądowaliśmy trochę później niż planowano, ale za to z krzepiącą wiedzą. Może Michel Platini ma rację, że przygotowując Euro 2012, Polska i Ukraina stąpają po cienkim lodzie. Ale w Kijowie lód ten jest znacznie cieńszy niż w Warszawie. Aby to stwierdzić, nie trzeba być członkiem oficjalnej delegacji UEFA. Wystarczy spędzić kilka godzin na kijowskim lotnisku.

 
Poczekalnia lotów międzynarodowych na lotnisku w Kijowie ma jedną zaletę – rozmiar mini sprawia, że nie sposób się w niej zgubić. Większość przestrzeni zajmuje sklep wolnocłowy, reszta to ciasna poczekalnia z wściubioną w róg kawiarenką. Wielkość tego konsumpcyjnego obiektu jest odwrotnie proporcjonalna do cen serwowanych tam napitków. A ceny są, proszę mi wierzyć, imperialne. Nie takie jak w Moskwie, ale zawsze. (O egzotyce Sheremetyevo International Airport – innym razem. W Kijowie nie każą przynajmniej zdejmować butów).
Na lotnisku Borispol - cofnijmy zegary do czasu kijowskiego - staliśmy w nielicznej grupie polskich pasażerów lotu do Warszawy. W kolejce do tej samej bramki stali przed nami ci, co mieli lecieć do Paryża (pół godziny opóźnienia), a przed nimi jeszcze pasażerowie, którzy od godziny powinni lecieć w kierunku Wiednia. Czekaliśmy na końcu ludzkiego kłębowiska, z wahaniem wymieniając uwagi, bo nikt nie miał pewności, czy w dobrym miejscu stoimy. Numer bramki, jaki mieliśmy wypisany na swoich kartach pokładowych, wciąż nie znajdował oficjalnego potwierdzenia na tablicy odlotów. Wszelako zamiast spodziewanego komunikatu, wyrosła przed nami słusznej postury umundurowana i utleniona barysznia. Upewniwszy się, że ma przed sobą gromadkę pasażerów do Warszawy, kazała nam… przepychać się do przodu: „Warszawa wpieriod!” Kiedy cokolwiek zdziwieni pokazaliśmy, że nie ma którędy się wcisnąć, utleniona jejmość wkurzyła się naszą bezradnością nie na żarty. Postanowiła dać nam przykład i ruszyła taranem w parysko-wiedeński tłum. Mimo znacznej masy, po kilku metrach utknęła. Wymieniliśmy spojrzenia i czekaliśmy dalej. Barysznia pokłóciła się z kimś, poczerwieniała i przepadła. Po kilku minutach pojawiła się inna umundurowana niewiasta - tym razem wysoka, długowłosa. Machnęła wiotką ręką, w której trzymała telefon, zwinęła nas pod swoje skrzydło i poprowadziła do tajemnego zaułka w kącie sali. Tam też był tłum, ale mniejszy. Zaraz zresztą karnie rozstąpił się przed nami. Widocznie chwilowo uznano nas za pasażerów priorytetowych i załatwiono szybką ścieżkę odprawy. Widząc, że sytuacja się jako tako normuje, biznesmeni wyciągnęli komórki i – przypomniawszy sobie podręcznik menadżera, rozdział: zarządzanie w sytuacji kryzysowej – starali się minimalizować straty czasowe. W eter popłynęły zawiadomienia. - Martusiu, kochanie, możesz sprawdzić, o której będę miał następny ekspres do Krakowa? Jestem jeszcze w Kijowie i właściwie nie wiem, o której odlecę… - Nie zdążę na lunch z Holendrami. Powiedz Staszkowi, żeby on się nimi zajął. Materiały są w tej niebieskiej teczce na moim biurku.
Podczas lotu do Warszawy (komórki wyłączone, skromne drinki) rozmawiało się w zasadzie o jednym: może u nas z przygotowaniem do Euro jest nie najlepiej, ale na Ukrainie to już całkowita jazda po bandzie. Jak my damy radę? A dać przecież musimy, bo to przecież nie my Ukraińców, a Ukraińcy nas do tej piłkarskiej zabawy doprosili. Narodowe samopoczucie uległo dodatkowemu polepszeniu, gdy na Okęciu trafiliśmy do pachnącego świeżością, nowo oddanego terminala. Budowano go skandalicznie długo, ale wreszcie jest. I to taki, że - co za ulga - dwadzieścia albo i dwieście kijowskich Borispolów mógłby pomieścić!
Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości