Reklama

Kości

W domu ma swój pokój do pracy. Pełen... ludzkich kości. - Bo ja pracuję na kościach - rozkłada ręce i pieczołowicie podnosi brunatną czaszkę. - Kości mówią bardzo dużo. Niektóre wręcz krzyczą i domagają się sprawiedliwości!

Dr Hanna Mańkowska-Pliszka jest antropologiem. Oczywiście ogląda wszystkie filmy, w których specjaliści z jej branży rozwiązują zagadki z przeszłości na podstawie oględzin ludzkich szczątków. Lubi te filmy, choć czasem przeszkadzają jej ewidentne błędy lub „cuda”, jakich realizatorzy dokonują na potrzeby filmu. W realu, to jeszcze poziom abstrakcji.
- Rzeczywistość jest bardziej przaśna - uśmiecha się.

Kiedy kości krzyczą...
Antropolog jest pełen szacunku do kości. Zawodowa ciekawość musi iść w parze ze zwykłymi ludzkimi uczuciami. Ze współczuciem, zrozumieniem, wrażliwością. Nieznane szczątki zawsze niosą ze sobą jakąś tajemnicę. Jej odkrywanie jest fascynujące. Ostatnio antropolodzy mają naprawdę dużo pracy.
- Polska to dziś jeden wielki plac budowy. Powstają nowe osiedla, drogi. A poruszona ziemia odkrywa to, co w niej ukryte. Coraz częściej zostajemy wzywani na stanowiska, gdzie odkryto ludzkie szczątki. Określamy przede wszystkim ich wiek. Jeśli mają mniej niż 20 lat, to pozostają w kręgu zainteresowania prokuratury. Jeśli więcej, zajmują się nimi antropolodzy i archeolodzy.
Kości mówią wiele. Zdradzają, jaka była kondycja fizyczna żyjącego niegdyś człowieka, na co chorował, jak był traktowany za życia. I po śmierci też.
- Niedawno wezwano nas do szczątków odkopanych na placu budowy w okolicach Węgrowa. To była głośna sprawa, bo jeden ze studentów odtworzył twarz znalezionej osoby. Okazało się, że to trzydziestopięcioletnia kobieta pochodzenia romskiego. Została uduszona, miała też urazy głowy. Jednak czas śmierci to w przybliżeniu lata wojny. Prokuratura nie miała tu nic do roboty w wyjaśnianiu okoliczności mordu.
Bywa, że antropolog czuje dziwną energię bijącą z miejsca pochówku. Czasem szczątki zdają się czekać na ciąg dalszy... co z nimi będzie. O tych kościach mówi się, że krzyczą. Że chcą, aby świat się o nich dowiedział i o tym, co się kiedyś wydarzyło.
- Doświadczyłam tego przy ekshumacji zwłok dwóch żołnierzy Wehrmachtu. Młodszy miał około dwudziestu lat, starszy pięćdziesiąt. Rozstrzelali ich Rosjanie, byli pochowani w przydomowym ogródku pod Warszawą. Zachował się przy nich jeden nieśmiertelnik, blaszka, na podstawie której odnaleziono w berlińskim archiwum dane: kim jest zmarły. Szczątki wróciły do Niemiec, do rodziny. Pamiętam te emocje… To była ulga i radość… To tak, jakby kości mówiły: dziękuję, to koniec tułaczki, czas wrócić do bliskich, do siebie…
Skrajnie innych emocji doświadczył jeden z antropologów, który trafił na miejsce pochówku szamanki z dzieckiem pod Płońskiem. Znalezisko było stare, z pewnością pochodziło sprzed naszej ery: drugi lub pierwszy wiek. Szamanka leżała w grobie z przynależnymi jej atrybutami: ozdobami, paciorkami. Obok niej było to... „coś”.
- Szczątki nastolatka... Nie były zdeformowane, ale coś było nie tak. Kolega czuł silną negatywną energię. Uczucie było tak dojmujące, że udokumentował fotograficznie stanowisko i zasypał. Chciał jak najszybciej zakończyć tam pracę, czuł, że jest to tabu. Dziecko miało pochówek antywampiryczny: odwrócone twarzą w dół, ręce pod sobą, zapewne było skrępowane.

Odejdź na zawsze!
Mało kto wie, że pochówki antywampiryczne mają w Polsce długą tradycję. Film i literatura na zawsze chyba już przypisze historie o wampirach terenom Rumunii, tymczasem w Polsce stale odnajdujemy ślady… strachu przed wampirami i walki z nimi. Walki, czyli rytuałów, by nie opuściły swego grobu.
- Te pochówki mają wspólne cechy na całym świecie. Chodzi o inne ułożenie zwłok. Ciała kładziono w orientacji północ-południe, groby znajdowały się na obrzeżach cmentarzy. Najczęściej ciało kładziono twarzą do ziemi albo na prawym boku z podciągniętymi kolanami. W takim grobie nigdy nie było wyposażenia, z jakim dusze zmarłych miały wędrować do innego świata. Były za to wyraźne okaleczenia zwłok.
Zazwyczaj głowa była odcinana i wkładana między kolana zmarłego. Robiono to już po śmierci. Ciała dodatkowo przebijano ostrymi narzędziami. W grobach znajduje się różne „akcesoria” antywampiryczne, nie tylko przysłowiowe już osikowe kołki.
- To ogromne metalowe, czworokątne gwoździe, zęby od sochy, sierpy. W Polsce rzadko wbijano je w okolice klatki piersiowej. Najczęściej nakłucia były w obrębie głowy, zdarzało się, że przebijano jamę ustną. Wkładano też do niej kamienie lub pieniądze.
Ale to nie wszystko. „Wampirowi” uniemożliwiano wyjście z grobu na różne sposoby. Regułą było łamanie rąk i nóg oraz wiązanie kończyn sznurem. Znajdowano także fragmenty woreczków, w których prawdopodobnie były zioła, mające zatrzymać „wampira” w grobie.
Ślady antywampirycznego pochówku znaleziono w okolicach Krynki łukowskiej. To stanowisko zostało już przed laty zamknięte. Były to groby Jadźwingów. Czemu nosiły piętno antywampirycznych pochówków?
- Anatomicznie Jadźwingowie byli roślejsi i mieli... dosyć wystające kły. No i byli najeźdźcami. Chyba bano się, że będą grasować także po śmierci.  W grobach znajdowano szczątki z odciętymi głowami, które wkładano między nogi. To pozostaje tylko w sferze przypuszczeń, ale historia jest ciekawa.

Sacrum i profanum

Antropolodzy  na co dzień pracują na granicy sacrum i profanum. Z jednej strony szacunek dla śmierci i ludzkich szczątków, z drugiej zawodowa ciekawość i rutyna. Trzeba tu zachować rozsądną granicę, by nie stracić też szacunku dla własnej pracy. Hanna Mańkowska-Pliszka  jest zapraszana przez archeologów w różne zakątki świata, by pomóc w rozwikłaniu antropologicznych zagadek. Ostatnio była w Izraelu.
- Poproszono mnie o pomoc w opisaniu stanowiska: czy ten sposób grzebania zmarłych należy do kultury żydowskiej czy palestyńskiej. To był pochówek żydowski, więc nie naruszano cmentarzyska. Żydzi nie zakłócają spokoju swoich zmarłych. To tabu. Nie rusza się kości. Mogliśmy je tylko obfotografować.
Antropolodzy miewają czasem dziwne sny. Nie, nie chodzi o senne koszmary, w których ożywają kości czy wampiry, o nie!
- Śnią mi się czasem nieznani ludzie, którzy się uśmiechają i wyglądają na szczęśliwych. I czasem myślę, że to ci „moi”... Ludzie, którym przywróciłam tożsamość lub odkryłam przyczynę śmierci. Pokazują, że teraz mogą spokojnie odejść..

Dr Hanna Mańkowska-Pliszka pracuje w Zakładzie Morfologii Kręgowców Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach oraz w Zakładzie Anatomii Prawidłowej i Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Warszawie.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości