Reklama

Krajobraz po filmie

Jestem nauczycielką. Często chodzę z moimi uczniami na seanse filmowe dla szkół. Za każdym razem, gdy wchodzimy na salę kinową, wygląda ona podobnie. Plamy po rozlanych napojach, rozsypany i powgniatany w wykładzinę przez kolejnych widzów popcorn. - Ale tu brudno! Jak u świnki w chlewiku! - powiedział ostatnio jeden z moich podopiecznych.

Nie mam pretensji do pań, sprzątających kino. Między kolejnymi seansami jest za mało czasu, by zdążyły ogarnąć ten krajobraz po filmie. A kolejni widzowie już czekają przed salą...
Rozumiem, że biznes is biznes, a kino musi zarabiać. 
Po wizytach z dziećmi w kinie zastanawiam się jednak, jaki jest sens naszej edukacji? Po co upominamy dzieci, że na lekcjach się nie je, skoro podczas oglądania filmu w kinie można jeść? A przy tym szeleścić torebkami po chipsach... 
Po co uczulamy je, żeby przynosiły picie w zakręcanych buletkach, bo można pośliznąć się na rozlanym piciu? 
Po co tłumaczymy dzieciom, że chipsy i popcorn są niezdrowe i pilnujemy, żeby nie było ich w szkolnych sklepikach? W kinie mogą wejść na salę i z napojem, który - zanim maluch dojdzie do swojego miejsca, zdąży się rozlać, i z popcornem, który wyfrunie z papierowego pudełeczka, nim młody widz usadowi się w fotelu. 
Nie raz zdarzyło się, że wychodząc z kina, usłyszałam od osób, które wchodziły po naszej grupie na salę: Ale syf! Czego to teraz uczą dzieci w tych szkołach! A ja naprawdę wiem, czego uczę moich podopiecznych!
Nie mogę zabronić dzieciom zakupów w kinie za kieszonkowe, które dostały od rodziców. Nie zabronię dyrekcji kina sprzedawania maluchom picia i popcornu. Co mogę w tej sytuacji? Zwrócić uwagę na tę niekonsekwencję wychowawczą i zaapelować o rozsądek.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama