Reklama

Kryzys for ever

04/02/2009 09:06

Szczęśliwych czasów w Polsce nawet najstarsi górale nie pamiętają, co mówić o nas, podlasko-mazowiecko niskopiennych chłoporobotnikach. Nam zawsze wiatr w oczy. Odkąd stałem się świadomym konsumentem, to znaczy od chwili, gdy pacholęciem będąc zostałem posłany do sklepu po pierwszy kilogram cukru, ospodarka była w permanentnym kryzysie.

Żeby kupić kilogram cukru, trzeba było mieć nie tylko złotych 10,50, ale także kwadratową kartkę na cukier. Po tej kartce choćby widać było, że krajowy padół ekonomiczny pogrąża się w kryzysie. I dobrze, że najpierw były te kartki na cukier. Zawsze lepiej najpierw zrobić pilotaż, na małym przetestować. I tak właśnie się stało. Zaczęło się od kartek na cukier, a potem poszliśmy na całość – kartki na mięso, kartki na buty, kartki na wołowe z kością, na benzynę, na papierosy. To był kryzys. No tak, oczywiście, nie było tak źle. Wszyscy pamiętają, że octu nie brakowało. Ocet stał na półkach i dumnie reprezentował całą resztę dóbr wszelakich. (Niewyjaśnioną zagadką pozostaje, dlaczego akurat branża octowa wiązała koniec z końcem. Dlaczego akurat ocet sprostał surowym wymaganiom socjalistycznej gospodarki. Dlaczego z octowej prosperity nie wyciągnięto żadnych wniosków. Czy ten, rozgarnięty jak widać, komuch, który rządził octem, nie mógłby porządzić resztą gospodarki i na zasadzie prostej analogii zastosować recepty na octową obfitość w pozostałych branżach? Nie wiem. Może nie mógł, może mógł. Niech generał Jaruzelski napisze coś w swoich pamiętnikach). Koniec PRL-u to był jeden wielki kryzys. Od początku się na to zapowiadało, ale czekać trzeba było lat kilkadziesiąt. Złodziejski system najpierw zabrał tym, którzy cokolwiek jeszcze mieli, potem przeżarł i roztrwonił to, co zostało. Znudził się własną siermiężnością, zapożyczył na potęgę, narobił długów u zachodnich bankierów i na koniec zbankrutował ze szczętem. Odrodzony w 1989 r. szczękowy kapitalizm nie zaczął się od prosperity, oj nie zaczął - zaczął się od kryzysu. Wszyscy wiedzą, jak było - szalejąca inflacja, dotkliwe bezrobocie, upadek branż, rynków i kooperantów. Tego akurat przypominać nie trzeba. Ledwo trochę ponad poziom wiadra wyleźliśmy - trach nas po łbie. Żeby się w głowach od szczęścia nie poprzewracało. Pytanie o to, kiedy w Polsce było dobrze, jest pytaniem, które odsyła nas w mroki dziejów. Może za Batorego było znośnie. Za Kazimierza Wielkiego nie najgorzej, poza tym - bryndza. Bryndza, krach, kryzys i nieszczęście. Prosperita to jest czas nam w zasadzie nieznany. Tęsknić nie ma za czym. Tak samo jak czekać na lepsze czasy. One z pewnością nadejdą, w dłuższej perspektywie zawsze nadchodzą. Problem polega na tym, że w dłuższej perspektywie – wszyscy będziemy nieboszczykami. Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości