Reklama

Listopad

19/11/2008 09:56

Wielki Książę, cudzoziemiec z lokalnym klimatem nieoswojony, pyta w dramacie Stanisława Wyspiańskiego: „Listopad to dla Polski niebezpieczna pora?” Odpowiedź, którą otrzymuje, można uznać za twierdzącą: „Jest to pora, gdy idą między żywych duchy i razem się bratają”. Bezpiecznie więc nie jest.

Listopadową kwestię braterstwa z duchami załatwiliśmy, zwyczajem pradawnym, na początku miesiąca. Teraz zmagamy się ze środkiem martwego sezonu. Po autorze „Nocy listopadowej” powtarzając z ukontentowaniem frazę: listopad to dla Polski niebezpieczna pora. Już bez znaku zapytania. Listopad to dla Polski niebezpieczna pora. To nie pytanie, to pewnik. Bo która pora dla nas bezpieczna? W Polsce pór bezpiecznych nie ma z zasady. Grudzień? Wiadomo, rok 1970 i stan wojenny. Styczeń? - jak listopad - przegrane powstanie. Luty – chwilowo nieszczęściami nieobsadzony, najwidoczniej nawet historia, przymarza. Marzec – 1968, pałowanie studentów. Kwiecień – miesiąc pamięci narodowej, czyli przegląd narodowych nieszczęść. Maj – przewrót majowy. Czerwiec tragiczny - 1956. Lipiec – dawne komunistyczne święto. Sierpień – mógłby być podwójnie zwycięski, gdyby nie wrzesień i grudzień. Wrzesień? Oczywiście wojna: 1 września, 17 września. Październik - rewolucja. Nie nasza, ale w skutkach dalekosiężnych fatalna. Jak się nie obrócisz, któryś miesiąc w narodowe plecy. Teraz listopad. Listopad, czyli wieńce pod pomnikami i pustka. Czyściec przed świątecznym grudniem, przedzimowe purgatorium. Miesiąc duchów, pełen dni krótkich, na zmianę wychłostanych bezlitosnymi wiatrami albo zamglonych i niewyraźnych. Skończyła się epoka gorących szarlotek z cynamonem. Zaczęła się próżnia. Przestronne, bezlistne powietrze. Listopad. Najbardziej pusty z naszych miesięcy. Bez liści i kwiatów, z nagą ziemią. Miesiąc snu, depresji i melancholii. Bezsilne oczekiwanie, aż biały całun śniegu okryje twarz ziemi. Na dodatek tę właśnie niebezpieczną porę wybraliśmy - albo nam się wybrało - nie tylko na narodowe święto. Dzień Niepodległości w listopadzie. Amerykanom i Francuzom lepiej się narodowo trafiło – w lipcu. Nasze święto to uroczystość listopadowa, a więc - jako się rzekło - przymglona, chłodna, niewyraźna. Gdybyśmy tylko poprzestali na historycznych obchodach, byłoby pół biedy. Ale my z powodów niepojętych także bieżącą aktywność polityczną z upodobaniem w listopadzie uprawiamy. Paskudna, dołująca jesień to w Polsce zwyczajowo czas powoływania rządów. Jesienne mamy wybory i jesienne po nich rządy. Listopadowe exposé i listopadowe po roku rządów podsumowania. Listopadowe, czyli wiadomo – depresyjnie, melancholijnie, beznadziejnie. Listopad to nie jest pora na euforię. Listopad to pora ponura. Świat pustoszeje. Ciemna melatonina, ten senny eliksir czarnej melancholii, odkłada się w żyłach jak zły cholesterol.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości