Reklama

Mam to, czego chciałam

Jest spełniona jako kobieta i jako artystka. Ma wymarzony dom na wsi pod Wieliczką, poznała prawdziwe uczucie, szczęście rodzinne i miłość do dziecka - wychowuje siedmioletnią Klarę. Każda jej kolejna płyta, włącznie z najnowszą pt. „Odjazd”, pokrywa się złotem, mimo że nie stoi za tym żaden wielki szum medialny. Zwykle tajemnicza i powściągliwa, niechętnie dzieli się swoją prywatnością. Nam opowiada m.in. o swoim feministycznym stosunku do Święta Kobiet.


- Piosenkę „Babę zesłał Bóg” nagrała Pani 20 lat temu. To szmat czasu. Jak wytłumaczyć fakt, że jej słowa budzą emocje do dziś?

- To taka etiudka o męskim widzeniu świata, rodzaj żartu, którym bawiłam się wtedy i bawię się dziś. Byłam bardzo zdziwiona, że ktoś może potraktować to dosłownie, jako manifest. A zdarzyło się nawet, że w jednym z województw miałam zakaz koncertowania ze względu na obrazoburczy charakter tej piosenki.

- 8 marca tuż-tuż. Czy ta data coś dla Pani znaczy?

- Jestem feministką i zamierzam to wyraźnie podkreślić. To święto kojarzy się z goździkiem i deputatem dla kobiet w zakładzie pracy w postaci rajstop, mydła i ręcznika. Z odfajkowywaniem jakiegoś obowiązku. Jeszcze jedna świecka tradycja, jeszcze jedno komunistyczne święto. Trudno dziwić się kobietom, że nie budzi to w nich pozytywnych skojarzeń.

- A Pani zdaniem jak musiałoby wyglądać to święto, by budziło dobre skojarzenia?

- Kobieta zasługuje na szacunek, nie tylko tego jednego dnia. Każdy mądry facet powinien o tym wiedzieć. To rzecz najistotniejsza. Takie przyziemne sparafrazowanie powiedzenia: „Oddać Bogu, co boskie, cesarzowi, co cesarskie” w jeden dzień nie wydaje mi się w porządku. Jest goździk, są rajstopy i sprawę mamy z głowy. A następnego dnia wszystko toczy się dawnym torem. Kobiety w pracy na tym samym stanowisku i z tymi samymi kwalifikacjami, co mężczyzna zarabiają mniej. Każdy - bez względu na płeć - powinien mieć takie same szanse. Niestety ciągle tak nie jest.

- No i zaraz mężczyźni powiedzą, że Pani ich nie lubi...

- To nie ma nic wspólnego z nielubieniem ani z wywyższaniem własnej płci ponad tę obecnie panującą (śmiech). Broń Panie Boże! Chodzi tylko o szacunek i jednakowe humanitarne podejście do każdego człowieka. Nie chciałabym kojarzyć się z wojującym feminizmem. Nie jestem zwolenniczką wychodzenia ze sztandarami na ulice. Kieruję się zdrowym rozsądkiem. Nie mówię, że kobiety są lepsze od mężczyzn - mówię, że mają mniejsze prawa.

- W Peerelu kobietom wręczano goździki, kupowano rajstopy, a one musiały upiec ciasto i postawić flaszkę. Goździk był tańszy od flaszki, więc może nawet faceci na tym święcie zyskiwali...

- Wiele niedobrych nawyków utrwalało się przez lata. Niektóre można zrzucić na karb historii, tego, że nasze biedne społeczeństwo zostało zdziesiątkowane przez wojnę. Oprawcy działali w myśl zasady: „Chcesz zniszczyć naród, niszcz jego inteligencję”. W zdecydowanej większości byli to mężczyźni, kwiat naszego rycerstwa, elita: naukowcy, oficerowie, arystokracja. Potem powojenne kobiety musiały jakoś ogarnąć nową rzeczywistość, odbudować ją - i to było właśnie pierwsze pokolenie feministek. Brały się bardzo ochoczo do pracy, co zostało później zapisane na ich niekorzyść, bo skoro są takie zaradne i wszystko potrafią, to niech robią wszystko (śmiech).

- Powiedziała Pani o mężczyznach: „Obecnie panująca płeć”. To się jednak nie przekłada na branżę muzyczną, w której od lat rządzą kobiety. Wszystkie nagrody w plebiscytach, na festiwalach, trafiają w Wasze ręce.

- Jeszcze za czasów George Eliot, George Sand czy Camille Claudel kobiety w tej branży były bez szans. Musiały przybierać męskie pseudonimy albo oddawały swoje prace kolegom, żeby oni się pod tym podpisywali, bo tylko w ten sposób ich sztuka mogła ujrzeć światło dzienne. To się na szczęście zmieniło i w XXI wieku sprawy płci nie mają już większego znaczenia. Akurat w tej branży liczy się talent. W każdym razie feminizm nie ma tu dużo do roboty.

- Z całą pewnością, bo jak śpiewał zespół Big Cyc: „Nie ma na to żadnej rady - dziś śpiewają tylko baby”. Nie miał racji?

- Ostatnio biorę udział w warsztatach artystycznych dla początkujących wokalistów i rzeczywiście zdecydowaną większość uczestników stanowią kobiety. A jeśli już zdarzają się mężczyźni, to duża ich część jest tak dosyć kobieco usposobiona. Nie są w typie rockowca, twardziela. I może coś w tym jest, że - oczywiście nie umniejszając pięknym męskim głosom - częściej predestynowane do śpiewania są dziewczyny.

- Pani uprawia swój zawód bez oglądania się na modę, koterie. Nie bywa tam, gdzie aktualnie wypada, nie uzależnia swoich wypowiedzi od tego, co inni chcieliby usłyszeć. Czy za luksus bycia w zgodzie z sobą płaci się wysoką cenę?

- Wszystko zależy od oczekiwań i rodzaju osobowości. Ekstrawertyk może potrzebować żywego zainteresowania własną osobą. Ja nie potrzebuję. Mam najbliższy krąg przyjaciół, który mi w zupełności wystarcza. Powierzchowne i jałowe kontakty, wynikające wyłącznie z bywania tam, gdzie są dziennikarze, niespecjalnie mnie interesują. Nie potrzebuję zamieszania i hałasu. Zawsze interesowała mnie wyłącznie ta strona zawodu, która jest związana z pokazywaniem własnej twórczości, a nie własnej osoby. Nie czuję, bym płaciła jakąkolwiek cenę. Gdybym nie bywała, a chciała, żeby mimo to interesowano się mną, mogłabym czuć się zawiedziona. Ale mam dokładnie to, czego chciałam: wiernych, wrażliwych fanów i trochę świętego spokoju.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości