Reklama

Morderczy jak deadline

25/02/2009 12:42

Piszę ten felieton w ostatniej chwili, więc proszę wybaczyć wynikłe z pośpiechu ewentualne błędy… Piszę w ostatniej chwili, choć do pisania zbierałem się co najmniej od roku. Dzięki temu znacznie zbliżyłem się do tematu.

Znacie to przecież: co masz zrobić dzisiaj, przełóż na pojutrze i masz… trzy dni wolnego. Albo: robota nie zając, nie ucieknie. Lub wreszcie: Im więcej masz czasu na wykonanie jakiejś czynności, tym więcej czasu ci ona zajmuje. I to jest akurat święta prawda! Jeśli mam na napisanie felietonu dwa dni, piszę go dwa dni. Gdy mam cały dzień, zabierze mi dzień. A jeśli trzeba – piszę tak jak teraz. W społeczeństwach tradycyjnych nazywało się to lenistwem. Obecnie mówi się, że to choroba. Że trzeba się leczyć. Po angielsku nazywa się ją „procrastination”. Albo bardziej melodyjnie: „dillydallying”. Po polsku nazwa jednostki medycznej brzmi za to fatalnie: „odwlekactwo”. Jak zwał, tak zwał. Jeden gość w Ameryce zrobił na tym doktorat. Fakt, że udało mu się go skończyć kilka lat później niż powinien. Przynajmniej jeden szczęściarz, który mógł twierdzić, że odkładając robotę na później, staranniej się do niej przykłada, bo zgłębia temat dysertacji i prowadzi ćwiczenia praktyczne. Trochę mu zazdroszczę. Bo nawet jeśli nie czuję się ekspertem, wiem, że w konkurencji „dillydallying” nie byłbym bez szans. To niesamowite, ile człowiek jest w stanie zrobić, byle nie zrobić tego, co ma zrobić. Pozmywa wszystko, co się w zlewie nazbierało, mieszkanie odkurzy, nawet zamek w kuchennych drzwiczkach, co od pół roku domagał się naprawy, naprawi, wszystko zrobi – byle tylko nie podejść do roboty, którą ma rozłożoną na biurku. Oczywiście, mógłby zrobić to w piątek po południu, wtedy resztę weekendu miałby wolną. Ale przekłada na sobotę rano. W sobotę nie ma nastroju. Robi coś innego albo nic nie robi. Bo coś w telewizji wypatrzył. W nocy z soboty na niedzielę śpi źle, bo wie, że zaległa robota nad nim wisi. Ale im bardziej robota jest zaległa, tym większy do niej czuje wstręt. Więc niedziela mija na tym rozdrażnieniu, żalu i wściekłości do całego świata. W niedzielę późnym wieczorem coś próbuje, ale robota, nie wiadomo dlaczego, nie idzie. Więc idzie spać z zamiarem, że wstanie raniutko i dokończy. Właściwie nie śpi, ma koszmary, bo robota leży. I nad ranem myśli już tylko nad tym, jak się wyłgać… Wszystko to jest naukowo opisane i potwierdzone. Kto z nas nie ma przeczucia, że dzisiaj właściwie nie opłaca się brać poważnie do roboty? Bo dzisiaj nie jest dobry dzień do pracy, a jutro, jutro lepiej nam to pójdzie. A w ogóle to najlepiej pracuje się pod presją, gdy zbliża się morderczy deadline. Prawda jest oczywista i warto ją powtórzyć: im więcej masz czasu na wykonanie jakiejś czynności, tym więcej czasu ci ona zajmuje. A życie – jak ktoś powiedział - to nie trasa szybkiego ruchu między kołyską a grobem, to czas, by zaparkować w słońcu. Dariusz Kuziak

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości