Reklama

Nikt nie zadzwonił

- Przez dobę nikt ze szpitala nie poinformował nas o śmierci cioci – pani Ewa z trudem hamuje irytację. – Ciekawe, jak długo leżałaby w kostnicy, zanim ktoś zechciałby nas powiadomić, że zmarła. Na co w ogóle czekano?

– Nie poinformowaliśmy, bo ta pani nie zostawiła numeru kontaktowego – broni się Krzysztof Żochowski, dyrektor SP ZOZ w Garwolinie.
 – Nie zostawiłam, bo nikt mnie o numer telefonu nie pytał! – pani Ewa już nie kryje zdenerwowania. 

Ciocia pani Ewy, Helena, miała 97 lat i już od dwudziestu lat mieszkała u niej. Wiek sprawił, że coraz gorzej się czuła. Po raz pierwszy trafiła do szpitala w czerwcu bieżącego roku. Drugi raz była tu we wrześniu. Z domu zabrała ją karetka pogotowia wezwana przez zaniepokojoną rodzinę, gdy pani Helena straciła przytomność. – Kiedy wzywałam pomoc, od razu poproszono mnie o podanie numeru kontaktowego – mówi pani Ewa. – I oczywiście to zrobiłam.
W szpitalu okazało się, że pani Helena miała udar mózgu. Cały czas była nieprzytomna. Pani Ewa, która dojechała za karetką, podała wszystkie dane cioci i przywiozła ze sobą jej dowód osobisty, a nawet odcinek renty jako dowód, że staruszka miała ubezpieczenie. Po spisaniu danych te dokumenty jej oddano. Przez dziewięć dni pobytu cioci w szpitalu pani Ewa codziennie ją odwiedzała. Przychodzili też inni członkowie rodziny. W niedzielę, 19 września, pani Ewa przyszła do cioci przed południem. Jej stan był na tyle poważny, że rozważano zapewnienie jej opieki długoterminowej. – Wtedy rozmawiałam z lekarzem i umówiliśmy się, że zbieraniem potrzebnych dokumentów zajmę się następnego dnia, czyli w poniedziałek – dodaje pani Ewa. W niedzielę po południu ciocię odwiedzał też brat pani Ewy.

W poniedziałek pani Ewa, niczego nieświadoma, jak zwykle po południu wybrała się do szpitala. Gdy po 16.00 dotarła na salę, zobaczyła puste łóżko. Zaczęła szukać cioci i wtedy pielęgniarka poinformowała ją, że jej krewna zmarła w niedzielę po godzinie 18.00, a jej ciało już od kilkunastu godzin znajduje się w kostnicy. – Zapytałam więc, dlaczego nikt nie zadzwonił, by nam o tym powiedzieć, i usłyszałam, że przecież nie zostawiłam numeru kontaktowego – pani Ewa jest mocno zdenerwowana. - Skąd miałam wiedzieć, że mam go komuś podawać? Nikt mnie o ten numer nie pytał! Skoro w pogotowiu mnie zapytano, to myślałam, że go mają! Zresztą w karcie były moje dane łącznie z adresem. Wystarczyło zadzwonić na infolinię TP i uzyskano by nawet numer mojego telefonu stacjonarny!
- Z uwagi na brak wskazania osoby uprawnionej w dokumentacji medycznej nie było możliwości poinformowania ewentualnych opiekunów o zgonie – czytamy w oficjalnym oświadczeniu wydanym przez szpital.
Podobno w trakcie przyjmowania staruszki na oddział jej siostrzenica „nie uznała się za jej opiekuna”. – Nie jestem takim opiekunem ustalonym  przez sąd, ale cały czas mówiłam lekarzom i pielęgniarkom, że się ciocią opiekuję – tłumaczy kobieta. – Ciocia mieszkała ze mną 20 lat, była zameldowana w moim domu, czuła się dobrze i nikt z nas nie biegał do sądu, by zostać jej opiekunem. Zresztą, żeby zostać opiekunem prawnym, musiałabym udowodnić, że ciocia jest niepełnosprawna umysłowo, chora psychiczne, jest narkomanką albo alkoholiczką. Nic takiego nie miało miejsca i do głowy mi nie przyszło chodzenie po sądach. Na oddziale dobrze wiedziano, że to ja się nią zajmuję, przychodzę codziennie i pytam o stan zdrowia. Nawet dowód cioci mi oddano. Jakim prawem, skoro ich zdaniem nie byłam opiekunem?

 Szpital tłumaczy się, że zgodnie z prawem pani Ewa została uznana za osobę bliską chorej, a ta „nie należy do tej kategorii osób, wymienionych w art. 20 ust. 2 ustawy o zakładach opieki zdrowotnej, które należy niezwłocznie zawiadomić o śmierci chorego, a ponadto nie zostawiła swojego numeru kontaktowego na wypadek śmierci cioci, zatem szpital nie mógł jej skutecznie zawiadomić”.
- Czyli powinnam się cieszyć, że w ogóle wydano mi zwłoki cioci? Przecież nie żyjemy w XIII wieku, żeby trzeba było siadać na konie i wysyłać posłańca z informacjami – irytuje się kobieta. – Wystarczyło zadzwonić, a wcześniej zapytać o numer. Gdybym wiedziała, że dojdzie do takiej sytuacji, to chyba na siłę wciskałabym mój numer całemu personelowi.

Samopoczucia pani Ewie nie poprawiło również odebranie ciała cioci z kostnicy. – Gdy tam poszłam, usłyszałam, że pracownicy są zdziwieni, iż po ciało nikt się tak długo nie zgłaszał – dodaje kobieta. – Wyszło więc na to, że przez 20 lat zajmowałam się ciocią, a potem nie chciałam jej pochować.
Kobieta zastanawia się również, co by się stało, gdyby jakieś nieoczekiwane zdarzenia zatrzymały ją w pracy i w odwiedziny przyszłaby dopiero we wtorek lub jeszcze później. – Czy czekano by na mnie kilka dni, a ja byłabym nieświadoma, że ciocia nie żyje? – pyta.
- W przypadku gdy nastąpił zgon chorej, a historia jej choroby nie zawiera wskazania osoby, którą należy powiadomić w przypadku śmierci, lub gdy osoba zmarła nie miała opiekuna faktycznego, to lekarz dyżurny zawiadamia o zgonie ośrodek pomocy społecznej właściwy dla miejsca zamieszkania zmarłego – czytamy w szpitalnym oświadczeniu. - Takie były plany dotyczące zmarłej, ponieważ za życia nikt z rodziny nie poczuwał się do podania się jako opiekun, a chora z przyczyn omówionych poprzednio nikogo nie wskazała.
- To według mnie skandal – kończy pani Ewa. – Pochówkiem miałby się zająć GOPS, bo nikomu ze szpitala nie chciało się wykonać jednego telefonu?
Justyna Janusz

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo Tygodnik Siedlecki




Reklama
Najnowsze wiadomości