Jedna jaskółka wiosny nie czyni, jeden prezydent – i owszem. Konstytucyjne uprawnienia głowy państwa nie są nadmierne, ale żeby zaintronizować wiosnę w powiatowym mieście – wystarczą. Wiosna w Siedlcach rozpoczęła się od wizyty prof. Lecha Kaczyńskiego. Najpierw przyleciał do miasta prezydencki helikopter, w chwilę potem na podsiedleckich łąkach zaobserwowano pierwsze bociany.
Sukces tym większy, że tegoroczna zima wyraźnie nie chciała się skończyć. Kołowała uparcie, jak końcówki symfonii Beethovena: już, już wydaje ci się, że to finał, że pójdziesz do szatni, odbierzesz okrycie i zmienisz atmosferę. A tu psikus! Zamiast zmierzać do finału, muzyka zaczyna jeszcze jeden kołowrót, jeszcze jedną wyrafinowaną, wściekłą wariację. We wtorek wieczorem można było mieć nadzieję, że zima pożegna się dyskretnie, po angielsku: śnieg zepchnięty z jezdni i chodników, chłodna srebrzystość kunsztownie ułożona na gałązkach. Nie zima, a dekoracja zaledwie, sceniczny pozór, teatralna fikcja. Ale w nocy najsroższa z pór roku zmieniła zdanie. Nie dała się łatwo spławić. Postanowiła odejść w wielkim stylu, poszła na całość, wybrała wypasioną wersję, prezentując pełny repertuar swoich możliwości. Sypnęła obficie białym souvenirem i w środowy poranek koła aut na parkingu boksowały w kilkunastu centymetrach świeżego puchu. W promieniach marcowego słońca puch gęstniał, szklił się i zmieniał się w wodę. Liwiec szeroko rozlał się pod Chodowem. I to wcale nie był jeszcze ostatni akt tego rozciągniętego ponad miarę pożegnania. Do kompletu brakowało jeszcze wściekłej śnieżnej burzy. Ta rozpętała się przed wieczorem. Wściekła furia śnieżnych płatków zakryła świat. Oglądana zza samochodowej szyby, trzeba przyznać, furia robiła wrażenie. Na kilka minut samochody zatrzymały się. Wycieraczki okazały się bezsilne – nic nie było widać. Blizzard przepadł tak szybko, jak się pojawił. Jakby nigdy nic, jakby żart to był tylko, wyszło słońce i zaświeciło szyderczo prosto w twarz. W nocy przyszła mgła i chwycił mróz. W czwartek o poranku na siedleckich drzewach zima wystawiła szron, najsubtelniejszy, najbardziej misterny ze swoich cudów. Ostatni podarunek dla miasta, które udekorowało się na powitanie prezydenta. Niestety, słońce mocne jak w Peru zniszczyło te drżące cuda, nim Lech Kaczyński wylądował na lądowisku pod szpitalem. To, co zostało, strąciła platformerska młodzieżówka, pragnąca zepsuć podniosłą wizytę. Tak skończył się zimowy rozdział tegorocznego przeglądu meteorologicznego. Dzień, w którym do Siedlec przybył prezydent RP prof. Lech Kaczyński, był dniem pięknym. Nigdy już nie będzie tak pięknego dnia. Biało-czerwone flagi na ulicach powiewały dostojnie. Arterie w centrum były puste i przestronne. Policjanci na skrzyżowaniach radośnie machali krótkofalówkami. Ubrani w czyste żółciutkie kamizelki przypominali wiosenne, wielkanocne kurczaczki. Dariusz KuziakChcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!