I znowu „natchnienie” przyszło po lekturze serii artykułów prasowych. Poprzednio dotyczących biadoleń na temat rzekomego zmuszania katolików do ukrywania przynależności wyznaniowej, dziś – tzw. kolędy. Jedni piszący, najwidoczniej „cięci” na kler, ostro dworują z tego obyczaju, skupiając się na problemie datków, wręczanych księżom. Drudzy, dotknięci krytyką tej praktyki, starają się „odryźć”, podkreślając duchowy wymiar dorocznego spotkania duszpasterzy z wiernymi oraz dobrowolny charakter ofiary i jej zbożny cel: „albowiem warci są robotnicy zapłaty swojej"...
Tymczasem rację, choć w różnych częściach, mają obie spierające się strony i zarazem obie jej nie mają. Kościół – Matka nasza i słudzy jej żyją o tyle dostatnio, o ile szczodre są ofiary dobrowolne (np. składane na tacę) i „co łaska”, czyli określone zwyczajowym „cennikiem usług religijnych”, bądź fantazją konkretnego duszpasterza.
Kolęda należy do pierwszej grupy. Nie znam przypadku, by ksiądz nawiedzający dom grymasił na wielkość jak najbardziej dobrowolnej ofiary. (Wyjątkiem są sytuacje, gdy proboszcz wcześniej określa „widełki” i przyjmuje tylko ofiary w nich się mieszczące). Najczęściej księża nie zaglądają do kopert (przynajmniej nie przy ofiarodawcach). Znam natomiast przypadki, gdy, widząc chudobę odwiedzanych ludzi lub rodzin, odmawiają przyjęcie datku. To piękna postawa! Głęboko chrześcijańska i humanitarna. Inna rzecz, że niektórzy ofiarodawcy obruszają się na takie traktowanie i usilnie przekonują, że te dwie dychy nie poprawi ich bytu, a da im poczucie dołożenia się do utrzymania swej parafii i duszpasterzy. I dlatego nie trzymam z krytykami „materialnego” wątku księżego kolędowania.
Ale też nie identyfikuję się z afirmującymi jego duchowy aspekt. Bo jakiż on może być, jeśli wizyta trwa „góra” kwadrans, bo ksiądz chce obejść cały wyznaczony rejon przed 22.00, a i ministranci nie mogą zarywać nocy, bo przecież rano idą do szkoły. Byłoby zasadne mówić o istotnym aspekcie duchowym klędowania, gdyby ksiądz zasiadł z domownikami i przy szklance herbaty pogwarzył choć z godzinę o problemach rodzinnych oraz rozterkach natury religijnej. Są wszakże dwie zasadnicze przeszkody: niedostatek czasu u księży i brak przygotowania (a i chęci) wiernych do takiej szczerej pogaduchy, co wynika z traktowania księdza jako delegata nieba, a nie jak dobrego sąsiada, z którym idzie pogadać o wszystkim.
Po co jest zatem kolęda? Nie wiem. Może, by zamknąć usta krytykom, trzeba upubliczniać finansowy plon kolędy i prosić ofiarodawców, by wyrazili opinie co do celów, na jakie będzie on użyty? Może, aby otrzeźwić idealistów, kolęda powinna trwać do Wielkiej Nocy, aby rzeczywiście zbudować duchowe więzi wspólnotowe? Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!