No i stało się – we wrześniu rozchorowałem się. Sytuacja była na tyle poważna, że lekarz rodzinny skierował mnie do dwóch specjalistów. W funduszowej przychodni (po odstaniu dwóch kwadransów w kolejce) dowiedziałem się, że owszem, mogę być przyjęty: przez chirurga za trzy tygodnie, ale aby dostać się do neurologa muszę przyjść w listopadzie, żeby się zapisać na przyszły rok… Co miałem robić? – poszedłem do prywatnej przychodni i w odstępach trzech dni miałem diagnozy obu fachowców. Chirurg skierował mnie na rtg, a neurolog na rezonans magnetyczny.
Z wykonaniem zdjęcia rentgenowskiego nie było kłopotów. Fatalnie zaś z tomografią. Badanie „na fundusz” mogło się odbyć… w roku 2013, ale miła pani w rejestracji siedleckiego szpitala poinformowała mnie, że jeśli bardzo mi się spieszy (a komu się nie spieszy w sprawie własnego zdrowia!?), to za jedyne 340 zł badanie mogę mieć wykonane w dowolnie wybranym przeze mnie terminie. W tym samym szpitalu na tym samym urządzeniu! Granda! – rzekłem i poszukałem innego rozwiązania. Zajrzałem do internetu, poczytałem, podzwoniłem i trzy tygodnie później miałem badanie z opisem – „na fundusz”! Kosztowała mnie „tylko” podróż do stolicy w obie strony. Liczba stołecznych przychodni oferujących „funduszowe” badania rezonansowe jest tak duża, że można przebierać. Dlaczego? Bo tam działa już konkurencja; w połowie wolny rynek usług medycznych. W Siedlcach jest funduszowy dyktat…
*** No i stało się – w zeszłym tygodniu Psina rozchorowała się. Sytuacja była na tyle poważna, że choć byłem poza Siedlcami, a następnego dnia miałem wracać do domu, zdecydowałem się szukać pomocy lekarza weterynarii. W niedzielę! Zajrzałem do komputera i po dwudziestu minutach byłem w najbliższej przychodni całodobowej. Miła para doktorów (plus studentka na stażu) obejrzała Psinę, obmacała, osłuchała, pobrała krew do analizy, wykonała mu trzy zdjęcia rentgenowskie, a po konsylium zaaplikowała kroplówkę i trzy zastrzyki. Mnie zaś wręczono recepty na medykamenty i jeszcze maść, bym Psinę smarował czas jakiś. Za półgodzinną obsługę medyczną zapłaciłem 175 zł; bez czekania, bez marudzenia, bez nerwów - jeśli nie liczyć tych z powodu stanu zdrowia kochanego zwierzęcia.
** Sprawność i dostępność społecznej służby zdrowia nie zależy od ciągłych reorganizacji, decentralizacji, restrukturyzacji i innych kombinacji. Na tę „chorobę” recepta jest prosta: prywatyzacja! Należy zaprzestać pobierania tzw. składek zdrowotnych; za te pieniądze pacjenci sami opłacą sobie leczenie u lekarzy, jakich zechcą. Kto potrzebuje kurować się w prywatnych klinikach, niech się ubezpieczy. Dla ubogich i niepracujących należy stworzyć system socjalnej opieki zdrowotnej. I tyle! Boxer
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!